Forum Forum Fanów Serialu Ostry Dyżur - ER Strona Główna Forum Fanów Serialu Ostry Dyżur - ER



Phoebe
Idź do strony 1, 2, 3  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Forum Fanów Serialu Ostry Dyżur - ER Strona Główna -> FanFic
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Abby Carter
Stażysta



Dołączył: 28 Wrz 2005
Posty: 1272
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5

 PostWysłany: Śro 14:15, 11 Sty 2006    Temat postu: Phoebe Back to top

Moje kolejne wypociny, które są w trakcie pisania Very Happy. Znowu z carby w roli głównej. Akcja rozpoczyna się w odcinku "Dear Abby" ale póxniej praktycznie wszystko jest zmienione Smile. Tłumaczonko listu pochodzi ze stronki [link widoczny dla zalogowanych].

Prolog

Przyrzekłeś mi księżyc i słońce
Ptaki na niebie
Przyrzekłeś mi cudowne życie, w którym były same kłamstwa.
Przyrzekłeś mi wszystkie diamenty i perły, których nigdy nie dostałam.
Przyrzekłeś mi czerwone róże i złoto, ale szybko zapomniałeś.
Przyrzekłeś mi
Tylko ja i ty
Przyrzekłeś mi, ze będę twą królową, a ty będziesz moim królem.
Przyrzekłeś mi białą ślubną suknię, gdzie jest pierścionek?
Przyrzekłeś mi twoją czułą opiekę, twoje pocałunki w nocy.
Przyrzekłeś mi
Tylko ja i ty.

In-Grid "You Promised Me"

Z euforią oczekiwała powrotu Johna. Jednak zamiast mężczyzny czekała na nią koperta. Zwykła, biała koperta na której było napisane i podkreślone podwójną linią tylko jedno słowo: "Abby". Ten charakter pisma rozpoznałaby wszędzie. Z rosnącym uczuciem niepokoju i gulą rozczarowania w gardle poszła na przyszpitalną ławkę żeby w spokoju przeczytać list. Mimo iż był sierpień na dworze było chłodno i wietrznie. Miała wielką ochotę zapalić, ale wiedziała, że nie może. Zaszkodziłoby to maleńkiej istotce, która zaczynała się w niej rozwijać. Maleństwu, które już dało swojej mamie mnóstwo radości, pomimo że dowiedziała sie o jego - lub jej - istnieniu dopiero wczoraj. Miała nadzeję, że współtwórca tego cudu będzie tak samo szczęliwy jak ona. Dlatego trudno się nie dziwić, że bardzo się rozczarowała gdy okazało się, że John nie wrócił z Luką do kraju. Z walącym jak młot sercem otworzyła kopertę.
Droga Abby,
pisał przyszły tatuś. Te słowa sprawiły, ze niepokój panoszący się w sercu Abby znacznie zwiększył swoje rozmiary. Czy tak adresuje się listy do swoich ukochanych? A w to, że była jego ukochaną nie wątpiła, w końcu tyle razy ją o tym zapewniał... Już wielokrotnie się przekonała, że mówić można dużo i namiętnie, ale nie do końca zgodnie z prawdą. Teraz była przekonana o szczerości słów, bowiem towarzyszyły im gesty i spojrzenia, które mówiły więcej niż niejedno zdanie. Usiłując zlekceważyć ukłucie lęku w sercu wróciła do lektury:

Podczas gdy czytasz ten list, Luka powinien być bezpieczny w Ameryce, a Ty pewnie zastanawiasz się dlaczego nie jestem z nim. Zanim zaczniesz się obwiniać, daj mi powiedzieć, że to nie Ty, to ja - i wiem nawet pisząc, że będziesz myślała iż jest to zrywający kommunał,

W miarę jak czytała słowa pisane jego ręką, niepokój i lęk coraz bardziej narastały. Teraz osiągały rozmiary Mount Everestu. Równie szybko zostały zastąpione lękiem co teraz z nimi będzie... Czuła się oszukana i wykorzystana. Zastanawiała się jak mu przekazać te wspniałe wieści, a on zadał jej cios poniżej pasa. Jej? Nie, im. Bo przecież jest jeszcze dziecko. Przygryzła wargi, cała zbladła i dygocząc, bynajmniej nie z powodu chłodu, brneła dalej:

ale jeśli spróbujesz powstrzymać sie od opinii - i potępiania mnie - na minutę, może będziesz w stanie zrozumieć co staram się powiedzieć. Pobyt tutaj zmienił mnie w sposób, którego nigdy sobie nie wyobrażałem. To nadało wszystkiemu perspektywy. Szpitalowi, śmierci babci, Tobie. Cóż mnie i Tobie.

"I naszemu dziecku" dodała w myślach. Już nie była w stanie racjonalnie myśleć. Jedyne co czuła to ból - przejmujący ból serca... Na jej twarzy malowała sie rozpacz i z trudem powstrzymywała migoczące w oczach łzy...

Poprostu musieliśmy na to wszystko tak ciężko pracować. Za ciężko, wiesz? Kiedy patrząc na ostatni rok spędzony razem wszystko wydaje się zamglone, pełne zamętu. A w Kongo wszystko jest bardzo czyste. Ludzie cierpią.

Gdyby tylko wiedział jak bardzo cierpiała czytając jego słowa...

Ja mogę im pomóc. Oni mnie potrzebują. W taki sposób jak Ty nie. Jesteś o wiele silniejsza niż myślisz. Nie potrzebujesz mnie, Abby i nie sądzę, ze kiedykolwiek potrzebowałaś. Oboje wiemy, ze lepiej pracowalibyśmy nieskrępowani. Myślę, że przekonujesz się o tym, że ja byłem właściwym mężczyzną dla Ciebie - solidnymi bezpiecznym i nie wiem, stabilnym - ale nie sądzę, ze to jest to czego naprawdę chcesz. Kiedy byliśmy tylko przyjaciółmi było bezpiecznie. Może nawet stawialiśmy siebie nawzajem na piedestale, nie wiem. A potem gdy byliśmy w końcu razem, związek nie stał sie taki jaki, oczekiwaliśmy, że będzie. Nie skończyłem będąc takim jakiego Ty chciałaś, a Ty nie skończyłaś będąc... przepraszam bredzę. Dałem Ci wszystko co mogłem, ale to było za mało. Inaczej mówiąc było o wiele więcej rzeczy w Twoim życiu, które były ważniejsze, bardziej zrozumiałe. Eric, choroba, Twoja matka. Twoje życie jest skomplikowane, a ja nie pasowałem do tego bardzo dobrze, prawda? Starałem się pomóc, ale kiedy potrzebowałem Ciebie... sam nie wiem. Światło gaśnie. Nie chcę marnować więcej nafty. Nie wiem jak długo tutaj zostanę. Nie czekaj na mnie. Chcę także powiedzieć dziękuję. Wciąż jesteś jedną z najniezwyklejszych osób jakie znam. Całuję, Carter.

Czuła sie jakby coś ciężkiego przytrzasnelo jej pierś. nie mogła wziąć oddechu nie czując przejmującego bólu, któremu towarzyszyło wszechogarniające uczucie pustki. Ogromny lęk o to co będzie dalej otaczał ją z każdej strony. Kurczowo zacisneła dłoń na liście, a po policzku spłyneła samotna łza. Tak samotna jak samotna była Abby. Nie była w stanie zebrać myśli, w gowie wciąż dudniły jej słowa Johna. Była zdana tylko na siebie, już nic dla niego nie znaczyła. Potraktował ją jak rozpuszczony bachor, któremu znudziła się zabawka. Obronnym gestem położyła dłoń na swoim łonie i przez głowę przemkneła jej smutna aczkolwiek prawdziwa myśl iż nie mają już nikogo... Najgorsze jest to, ze ona go bardzo potrzebuje, tylko nie potrafiła mu okazać jak wiele dla niej znaczy. To była jej wina... Tyle razy go odpychała, nie potrafiła się do końca przed nim otworzyć. miał nadzieję, że gdy urodzi się dziecko wszystko się zmieni. Ale nie ma się już co zmieniać... W końcu stracił cierpliwość i ją zostawił... Nie zobaczy jego szczęśliwej miny, kiedy dowie się o dziecku, nie ujrzy tego wspaniałego, pełnego wzruszenia, czułego spojrzenia gdy po raz pierwszy będzie trzymał ich maleństwo. Już nic dla niego nie znaczy...

Będę na ciebie czekać
Tu, w moim seru
Ja jestem tą, która bardziej cię pragnie
Zobaczysz, ze moge ci dać
Czegokolwiek potrzebujesz
Daj mi być tą, która bardziej cię pragnie
I może jakoś cała nasza miłość przetrwa
Cokolwiek by się działo, znajdziemy sposób.

Celine Dion "To Love You More"


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Abby Carter dnia Sob 0:02, 25 Lis 2006, w całości zmieniany 2 razy
 
Zobacz profil autora
aliah
Salowy



Dołączył: 05 Paź 2005
Posty: 63
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: warszawa

 PostWysłany: Czw 0:03, 23 Lis 2006    Temat postu: Back to top

wiesz, że kocham to opowiadanie.

już chyba czytałam je z sto razy ale nigdy za dużo Smile

Czekam na dalszą część, ale wiesz jaką Very Happy


Post został pochwalony 0 razy
 
Zobacz profil autora
Avonelee
Lekarz



Dołączył: 06 Paź 2006
Posty: 1574
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/5

 PostWysłany: Czw 0:14, 23 Lis 2006    Temat postu: Back to top

Monika świetne...to była chyba na tamtym forum...ale warto powspominac...

Post został pochwalony 0 razy
 
Zobacz profil autora
Abby Carter
Stażysta



Dołączył: 28 Wrz 2005
Posty: 1272
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5

 PostWysłany: Czw 0:44, 23 Lis 2006    Temat postu: Back to top

a było, było Wink cieszę się, że wam się poodba Wink chcecie, zeby wrzucić tutaj cd? Very Happy

Post został pochwalony 0 razy
 
Zobacz profil autora
aliah
Salowy



Dołączył: 05 Paź 2005
Posty: 63
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: warszawa

 PostWysłany: Czw 2:09, 23 Lis 2006    Temat postu: Back to top

Alez oczywiscie, że chcemu (hura hura hura oh shut up or I kill myself)

Post został pochwalony 0 razy
 
Zobacz profil autora
Avonelee
Lekarz



Dołączył: 06 Paź 2006
Posty: 1574
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/5

 PostWysłany: Czw 16:55, 23 Lis 2006    Temat postu: Back to top

wrzucaj i to jak najszybciej....

Post został pochwalony 0 razy
 
Zobacz profil autora
Abby Carter
Stażysta



Dołączył: 28 Wrz 2005
Posty: 1272
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5

 PostWysłany: Czw 17:43, 23 Lis 2006    Temat postu: Back to top

CZĘŚĆ PIERWSZA

Musze być szalona
Teraz
Może marzę za bardzo
Ale kiedy myślę o tobie,
Pragnę czuć twój dotyk.
[...]
Kocham cię, proszę powiedz,
Że też mnie kochasz, te trzy słowa,
Które mogłyby zmienić nasze życie na zawsze
I obiecuję ci, że bylibyśmy zawsze
Razem.
Aż do końca czasów.
Celine Dion "I Love You"

- Pani doktor! - Zawołała ją słabym głosem pacjentka z sali, obok której przechodziła. Za wszelką cenę starała się okiełznać uczucie rozdrażnienia. Odwróciła się i weszła do sali. Była w siódmym miesiącu ciąży i zaczynała odczuwać ją coraz dotkliwiej. Ciągle puchły jej nogi, musiała często korzystać z toalety, szybko się męczyła, jadła coraz więcej, a ciągle nieprzestający rosnąć brzuszek zaczynał być uciążliwy. Jednak było warto. To naprawdę coś wspaniałego - czuć w sobie ruchy córeczki. Niby taka nienadzwyczajna i codzienna sprawa, ale najcudowniejsza pod słońcem. Tego nie da się opisać, to trzeba przeżyć. Właśnie zjadła swój drugi lunch („W końcu je za dwoje” - usprawiedliwiała się) i jedyne, na co miała ochotę, to mała drzemka. Pomimo tych wszystkich niedogodności chodziła do pracy. Wprawdzie przyjaciele pomagali jej, w czym się dało, ale i tak było ciężko. Nie chodziło o to, że ma problemy finansowe, po prostu bała się zamknąć w czterech ścianach wraz ze wspomnieniami. Kiedy nie miała zajęcia wracały. Najgorzej było w nocy... Czasami nie potrafiła zahamować łez i płakała samotnie, z twarzą w poduszce. Nie mogła się powstrzymać od dokładnego analizowania, co poszło im nie tak. Co kiedyś powinna zrobić, aby teraz razem cieszyli się z córeczki w drodze. Przychodziły również wyrzuty sumienia, że nie powiadomiła go o tym, że jest w ciąży. Nie potrafiła... Bóg jej świadkiem, że próbowała, ale to było zbyt trudne. W końcu postanowiła, że nic mu nie powie. Jeżeli jest szczęśliwy? Jej znajomi wspierali ją, może sądzili, że podjęła złą decyzję, ale jej nie krytykowali. Rozumieli, że ta sytuacja jest bardzo skomplikowana.
- Tak, proszę pani? - Zwróciła się do starszej kobiety, której twarz wykrzywiał grymas bólu. Przeniosła wzrok na kartę - końcowe stadium raka wątroby... Stwierdziła, ze powinna wykrzesać, choć trochę współczucia wobec pacjentki - w końcu, czym są dolegliwości ciążowe i brzemię bycia samotną matką z perspektywą bliskiej śmierci? Uśmiechnęła się, chcąc dodać jej otuchy.
- Mogłabym dostać coś przeciwbólowego?
- Dopilnuję żeby siostra zaraz coś pani podała. - Odparła i opuściła salę. Gdy wyszła z korytarza zatrzymała się niczym spetryfikowana. Serce podskoczyło jej do gardła i poczuła dotkliwe ukłucie zazdrości. Nie była w stanie się ruszyć. Mogła tylko stać i patrzeć.
John i ciemnoskóra kobieta.
Ojciec jej córki z inną.
Mężczyzna, który skradł jej serce, który ją zostawił.
Mężczyzna, dla którego już nic nie znaczyła.
Mężczyzna, który niegdyś był z nią szczęśliwy, z kobietą, która teraz uczyniła go szczęśliwym.
Wszystkie emocje budziły się na nowo.
Namiętność. Żal. Ból. Smutek. Samotność. Rozgoryczenie. Zazdrość. Tęsknota.
Istny kocioł.
Obejmował ją ramieniem w talii. Kiedyś ona była na jej miejscu... Zeszczuplał, a jego twarz emanowała szczęściem. Wpatrywała się w ten obrazek z uczuciem beznadziejności, która zaczynała zastępować zazdrość... W jej oczach migotały łzy. Z trudem przełknęła gulę rozczarowania. Stało się, to, czego obawiała się ostatnimi czasy najbardziej... Powoli zaczynała odzyskiwać władzę w nogach. Chciała się niespostrzeżenie wycofać i przeżywać swoją porażkę w samotności, lecz John podniósł wzrok i pochwycił jej oszołomione spojrzenie. Jego twarz rozjaśnił promienny uśmiech na widok byłej partnerki, a zarazem bliskiej przyjaciółki. Po chwili został on zastąpiony wyrazem skrajnego zdumienia, gdy ujrzał jej zmienioną sylwetkę. Nie była w stanie tego dłużej znieść. Czuła, że zaraz puszczą jej hamulce, że się załamie. Nie chciałaby widział moment jej słabości. Słabości, którą sam wywołał. Odwróciła się i zniknęła w korytarzu. Weszła do sali zabiegowej i usiadła na kozetce. Jej serce kołatało, miała wrażenie, że zaraz wyskoczy. Zaczęła drżeć, a po policzku spłynęło kilka łez...

Jak on mógł to zrobić? Przyjechać bez zapowiedzi wraz z kolejną panienką jak gdyby nigdy nic. Pewnie oczekiwał, że będą przyjaciółmi jak dawniej. Faceci to jednak świnie...
Gdy usłyszała zgrzyt otwieranych drzwi szybko otarła łzy. Wstała z kozetki i skrzyżowała ramiona na piersi. Usiłowała przybrać obojętny wyraz twarzy, jakby ten obraz niewiele ją obchodził. Jednak nie wyszło to zbyt dobrze, bo w jej oczach wciąż iskrzyły się łzy, a policzki były bez koloru. Do pokoju wszedł John. Wyraz skrajnego zdumienia nie zniknął z jego twarzy. Zamknął za sobą drzwi, lecz nie podszedł bliżej niej. Cofnęła się jeszcze bardziej i zacisnęła zęby. Serce w niej zamarło, ale robiła wszystko żeby nie okazać emocji, które w niej wzbudzał. Atmosfera robiła się coraz cięższa, już niemal można było kroić ją nożem... Żadne z nich nie odezwało się ani nie wykonało żadnego gestu. Mierzyli się spojrzeniami - ona widziała skrajny szok i rozczarowanie, a on żal... Abby nie mogła dłużej znieść jego pełnego wyrzutu wzroku i skupiła zainteresowanie na swoich butach.
- Zostaw mnie samą, Carter. - Odezwała się pewnym i dobitnym głosem, co zdziwiło ją samą. Ku jej rosnącemu zdenerwowaniu zauważyła, ze nie ma najmniejszego zamiaru tego zrobić. Nadal stał bez ruchu i wpatrywał się w nią, a raczej jej duży brzuch, swoimi brązowymi oczyma, w które niegdyś tak lubiła patrzeć. Nie mogła powstrzymać rosnącego z każdą sekundą uczucia gniewu. - Słyszałeś? - Warknęła.
- Jestem ojcem? - Spytał cichym głosem po chwili milczenia. Tym pytaniem doprowadził ją do białej gorączki. Powinien doskonale wiedzieć, że nie zdradziłaby go. Uraził jej serce i dumę, jej kobiecość.
- Jak śmiesz sugerować coś TAKIEGO? - Krzyknęła. Po smutku i rozżaleniu już nie było śladu, teraz rozsadzała ją złość. John postąpiłby rozsądniej zostawiając ją teraz samą, ale oczywiście nie posłuchał głosu rozsądku.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś? - Zapytał zupełnie spokojnym głosem, który doprowadził ją do jeszcze większej furii. Podeszła do niego bliżej i popatrzyła mu ze złością w twarz.
- Miałam napisać list: "Hej, będziemy mieli dziecko. Całuję"? - Warknęła głosem w którym kryły się pokłady drwiny.
- Właśnie tak! - Odparł podniesionym głosem. Nie bez satysfakcji zauważyła, że jej były zaczyna tracić nad sobą panowanie.
- I potulnie czekach na odpowiedź w której radziłbyś mi poddać się aborcji? - Krzyknęła. W odpowiedzi dostała zranione i pełne smutku spojrzenie, które po chwili zostało zastąpione wściekłymi iskrami.
- Najwidoczniej mnie nie znasz!
- Masz cholerna rację!!! Mężczyzna, którego kochałam nie postąpiłby tak jak ty!!!
- A jak ty postąpiłaś?! To moje dziecko i miałem prawo dowiedzieć się wcześniej!
- Prawo? - Prychnęła jak rozzłoszczona kotka. - Jakie prawo!? Sam stwierdziłeś, że cię nie potrzebuje i miałeś pieprzoną rację!!! Zamierzam wychować swoją córkę sama! A ty wracaj do swojej nowej panienki! Nie obchodzi mnie to co z tobą się stanie! Nie mam zamiaru wtrącać się w twoje życie, a ty masz się odpieprzyć od mojego! Uważasz, że do niego nie pasujesz i znowu masz pieprzoną rację!!! - Abby zupełnie straciła panowanie nad sobą. Kiedy skończyła swoją tyradę z krwawiącym sercem minęła go bez słowa i opuściła salę. Wbrew pozorom wcale nie poczuła się lepiej. Może dlatego, ze wcale tak nie myślała?

I nie możesz walczyć z łzami, które nie przychodzą
Lub z chwilą prawdy w swoim życiu
Gdy wszystko wydaje się być niczym film
Krwawisz tylko po to, by poczuć, ze żyjesz.
Goo Goo Dolls "Iris"

~*~

I've been looking in the mirror for so long
That I've come to believe my soul on the other side
On the little pieces, falling, shatter
Shards of me,
To sharp to put back together
To small to matters,
But big enough to cut mi into so many little pieces
If I try to touch her,
And I bleed,
I bleed,
And I breathe,
Breathe no more.
Evanescence "Breath no more"

Obserwowała panoramę Chicago, mnóstwo małych, jarzących się w ciemności światełek... Na dworze panował przejmujący chłód ale go nie czuła...
Żal. Rozgoryczenie. Ból. Tęsknota. Zazdrość.
Drżała, nie z powodu temperatury, lecz tego co czuła. Po jej policzkach spływały łzy, łzy dotkliwego zawodu i pustki. Co teraz z nimi będzie? Pogodziła się z myślą iż zostanie samotna matką, sama tak zdecydowała. Kosztowało ja to wiele nieprzespanych nocy i wiele, wiele godzin rozmyślań... Nie było łatwo, jednak stwierdziła, że tak będzie dla nich najlepiej. Teraz wrócił...
On z inną.
To bolało, bolało tak bardzo, chyba mocniej niż wtedy gdy z nią zerwał.
Czemu? W czym jest gorsza? Dlaczego???
Pytania na które odpowiedź zna tylko on...
- To był twój tata, maleńka. - Wyszeptała splatając ręce na brzuszku.
Nigdy nie zastanawiała się co by zrobiła gdyby wrócił John albo co powiedziałaby Phoebe gdyby o niego pytała... Odsuwała te myśli na dalszy tor. Usiadła na ławce i błądziła wzrokiem po światełkach otaczających ją zewsząd wieżowców. Świat się dla niej zatrzymał. Jej życie było jedną wielką klęską. Ale nie mogła się poddać! Musiała być dzielna - będzie miała małą córeczkę...
On z inną.
Wyraz jego twarzy gdy spostrzegł, że Abby jest w ciąży.
List.
Jego spojrzenie pełne miłości gdy się kochali.
Smutek gdy na nią patrzył...
On z inną...
Obrazy przemykały przez jej głowę z nadzwyczajną prędkością. Te szczęśliwe przeplatały się ze smutnymi... Te, które przypominały jej dlaczego go pokochała i te, które powodowały w niej przejmujący ból.
Nie wiedziała ile czasu spędziła na dachu. Po jej policzkach wciąż płynęły łzy, a jej ciało skostniało z zimna. Nie czuła nic prócz rozgoryczenia, rozżalenia i bezsilności. Wszystko się rozpłynęło. Był tylko on. On z inną.
- Abby? - Z ponurego zamyślenia wyrwał ją głos Kerry. Nic nie odpowiedziała. Jej przełożona, a zarazem przyjaciółka, usiadła obok niej na ławce. - Abby, wejdź do środka, przeziębisz się.
- Nic mi nie będzie. - Odparła ze wzrokiem skupionym w jakimś punkcie na horyzoncie. Było jej wszystko jedno czy będzie chora czy nie. Teraz nie miało to dla niej znaczenia. Nie mogła zapomnieć widoku ojca pakującego walizki. Zobaczyła go jeszcze tylko jeden jedyny raz... W ataku furii powrzucał wszystkie swoje rzeczy do kilku walizek i odjechał w siną dal ich rozklekotanym pikapem w akompaniamencie wrzasków matki... Bawiła się wtedy w pielęgniarkę. Usiłowała skupić się na zabawie, aby jej nie słyszeć... Już wtedy była chora... Później wielokrotnie śniła o powrocie swojego ojca. Brał ją w ramiona, okręcał się z nią i znowu nazywał swoją "Małą Księżniczką" a Erica "Małym Królewiczem"... Ale marzenia pozostały tylko marzeniami. Jak bardzo za nim tęskniła... Gdzieś na obrzeżach duszy pałętała jej się niepokojąca myśl, że teraz usiłuje pozbawić Phoebe ojca... Za wszelką cenę starała się je zepchnąć w jak najdalsze zakamarki.
- Abby, wejdź do środka, proszę. - Kerry ponowiła prośbę przywołując ją do rzeczywistości. Zaczynała powoli odczuwać jak przemarzła i wciąż bez słowa podniosła się, po czym weszła do środka. Usiadła na schodach a po chwili dołączyła do niej Kerry.
- Mogę coś dla ciebie zrobić, Abby?
- Nie, Kerry, ale dziękuję. - Odpowiedziała nienaturalnym głosem i wróciła do rozległej krainy myśli w której panowała teraz burzowa aura.

~*~

Bo jesteśmy ty i ja i cała reszta ludzi
Nic do zrobienia, nic do stracenia
[...]
Wszystkie rzeczy, które chciałbym ci powiedzieć
Po prostu słowa nie płyną prawidłowo
Podróżuję po słowach, powodujesz, że moja głowa wiruje
Nie wiem dokąd mam stąd pójść
Bo jesteśmy ty i ja i cała reszta ludzi.
Lifehouse "You and me"

Śledził wzrokiem jej sylwetkę gdy wychodziła. Zaczynał sobie zdawać sprawę z tego co się wydarzyło. Zostanie ojcem... A ona chciała to przed nim zataić... Targany bezsilną złością z całej siły walnął prawą pięścią w ścianę. Nic nie pomogło, zamiast tego poczuł dotkliwy ból ręki. Wyrzucił z siebie głośnie przekleństwo.
Zostanie ojcem... Trzeba przyznać, że w ciąży promieniała.
To spojrzenie, kiedy obserwowała jego i Kem. Takie... Pełne smutku? Żalu? Zazdrości? Kiedy ją zobaczył wszystkie uczucia eksplodowały w nim z nową siłą. To co kiedyś się wypaliło zaczynało płonąć od nowa. Jeszcze mocniej. Niemal wyżerając go od środka.
Z dziwną pustką w sercu usiadł na kozetce ukrył twarz w dłoniach. Przed oczami wciąż widział Abby. Sprawiała wrażenie zagubionej. Zawsze gdy widział ją w takim stanie pragnął roztoczyć nad nią opiekę, odgrodzić od trudów życia. Dlaczego to się skończyło? Dlaczego stało się to w najmniej odpowiednim momencie? A może to się wcale nie skończyło, tylko chwilowo osłabło? A Kem była tylko chwilową przygodą? Coraz bardziej zdawał sobie sprawę z tego, że tak naprawdę to jej nie kocha. Ze to co do niej czuł, to tylko kilkurazowy wybuch namiętności. Nic więcej. Nie wzbudzała w nim takich emocji jak Abby.
Jak mógł to wszystko tak spieprzyć?
Zostanie ojcem, i to już niedługo. Będzie miał córeczkę... Na samą myśl ile stracił z jej życia poczuł dotkliwe ukłucie w sercu... Jego mała... Czy gdyby nie postanowił wrócić to nie dowiedziałby się? Wolał nie dopuszczać do siebie takiej perspektywy.
Zawsze chciał mieć dzieci, prawdziwą rodzinę... I chciał być dla nich prawdziwym ojcem i mężem, nie takim jak to było w jego rodzinie... Co więcej był pewien, że chce ją założyć właśnie z Abby... Czemu w to zwątpił? Co poszło nie tak? Nigdy o tym nie rozmawiali ale czuł, ze ona też tego pragnie... A może właśnie powinni szczerze porozmawiać? Może wszystko inaczej by się potoczyło i teraz razem, jako państwo Carter, cieszyliby się swoją pierwszą pociechą...
Pragnął położyć rękę na jej brzuchu, poczuć jak mała kopie... Chciał zobaczyć jej małe, bijące serduszko na monitorze USG. Chciał trzymać Abby za rękę gdy będzie rodzić, usłyszeć wraz z nią jej pierwszy krzyk... Chciał tak wiele... Po prostu chciał być z nią... Przez ten jeden list wszystko zaprzepaścił. Słowa krzywdzą bardziej niż pięść... Ciekawe czy gdy je czytała wiedziała o dziecku...
Z ponurego zamyślenia wyrwał go odgłos otwieranych drzwi.


"Łatwo powiedzieć koniec, ale nie łatwo przestać kochać."

Miał nadzieję, że to Abby wróciła żeby z nim porozmawiać. Poczuł ukłucie zawodu gdy zamiast niej w pokoju zobaczył Susan.
- Przestań się nad sobą użalać Carter. - Powiedziała dobitnym głosem siadając obok niego. - Jeżeli którekolwiek z was powinno się załamać, to tylko i wyłącznie Abby. Boże, co zrobiłeś?! - Zapytała zdumiona widząc jego zakrwawioną prawą rękę.
- Wielkie dzięki za słowa pocieszenia, doktor Lewis. - Mruknął posępnie. Naprawdę nie potrzebował aby robiła mu wyrzuty. Jego przyjaciółka wstała i wzięła z szafki wodę utlenioną i bandaż. Odwróciła się do niego i pokręciła z dezaprobatą głową. Przysunęła krzesło oraz stolik z lampą naprzeciwko niego i usiadła.
- Ode mnie, ani od żadnej innej kobiety ich nie usłyszysz. Daj rękę. Boli? - Pokręcił głową przecząc temu co czuł. Wzdrygnął się, gdy obficie polała jego dłoń wodą utlenioną.
- Kobieca solidarność! - Prychnął smutno. - To ona powstrzymywała was przed skontaktowaniem się ze mną? - Susan owinęła bandażem jego okaleczone kostki i odsunęła stolik aby lepiej go widzieć.
- Jeżeli będzie bolało to wiesz co robić. - Gdy kiwnął głową kontynuowała: - Akurat w tym przypadku kobieca solidarność ma niewiele do powiedzenia, Carter. To była decyzja Abby, a my tylko ją uszanowaliśmy.
- Decyzja Abby!? - Warknął rozżalony. - To tez moje dziecko! Powinienem wiedzieć!
- Przestałeś ją kochać, zerwałeś z nią, a ona nie chciała wzbudzać w tobie poczucia obowiązku. - Susan sprawiała wrażenie lekko zirytowanej zachowaniem przyjaciela. Mówiła do niego tak jak do rozkapryszonego dziecka... Zastanawiał się czy nie postępował właśnie jak takie dziecko... - Poza tym uważasz, że jej podjęcie było dla niej łatwe?
- Stwierdziła, że nie chce ode mnie usłyszeć, że powinna się poddać aborcji! - Odparł gorzko. Te słowa bardzo go bolały... Jak mogła tak pomyśleć? Cały czas wpatrywał się w podłogę. To co mówiła Susan nie było zbyt miłe, ale zdawał sobie sprawę, że jest prawdziwe. Musiała się nad nim zlitować, bo położyła mu rękę na ramieniu w pocieszającym geście.
- W każdym razie to była jej decyzja, John. - Powiedziała poważnie. - Ocenianie czy słuszna bądź niesłuszna nie należało do nas. My mogliśmy ja tylko wspierać w ciężkich chwilach. Myślisz, że sprawiło jej to satysfakcję? Wręcz przeciwnie, Carter. Musi pracować, nie ma nikogo bliskiego obok siebie, nikt nie trzymał jej głowy kiedy miała poranne mdłości, nikt nie położył z czułością ręki na jej brzuchu kiedy poczuła ruchy maleństwa, nikt nie dzielił jej radości smutków. Była sama, Carter. Sama, rozumiesz? A teraz nagle zjawiłeś się z nową kobietą. Zastanów się jak ma się teraz czuć? - Do Johna zaczynało docierać co przeżywała w ciągu tych ostatnich miesięcy... Jak bardzo pragnął ją przytulić. Wynagrodzić ten stracony czas...
- Gdybym tylko wiedział... Wróciłbym... - Szepnął.
- A jak sądzisz, jakby się czuła wiedząc, ze jesteś z nią nie z miłości, ale z poczucia obowiązku?
- To, że ją rzuciłem wcale nie znaczy, że przestałem ją kochać...- Szepnął sam do siebie, przekonując się o słuszności tych słów. Zapomniał, że Susan jest w pokoju razem z nim i wszystko słyszy. Kochał Abby całym swoim sercem, przez cały czas... Jak inaczej wytłumaczyć to, że przez cały czas o niej myślał? Zrzucał to na przyjaźń, która ich łączyła, ale właśnie zdał sobie sprawę, że w ten sposób tylko się tłumaczył... Jego mała, kochana Abby... Susan spojrzała na niego zszokowana i przez chwilę nie mogła wykrztusić słowa. Cóż, nie codziennie słyszy się takie rewelacje...
- Chcesz powiedzieć, ze ją kochasz? - Wykrztusiła po chwili zdumionym głosem. - Do cholery, Carter! - Jej zdziwienie błyskawicznie przerodziło się w złość. - Jesteś najgłupszym i najgorszym facetem, jakiego miałam nieprzyjemność poznać!!!
- Też się cieszę, że cię widzę. - Odparł z ironią. Był na siebie wściekły za tom co powiedział, że w ogóle tak czuł, że zachował się jak ostatni drań... Teraz Susan nie da mu spokoju... Jakby ktoś musiał mu przypominać o tym, co zrobił...
- Carter! - Ofuknęła go. - Mógłbyś odłożyć żarty na bok?! Kiedy ty zabawiałeś się z tą orientalną panienką my tutaj bezsilnie obserwowaliśmy jak Abby się męczy! A teraz mówisz, że ją kochasz. To powiedz mi, po jakiego diabła z nią zerwałeś??? - Mówiła podniesionym głosem. Jeszcze nigdy nie widział jej tak wściekłej.
- Miłość to nie wszystko... - Odparł cicho. Wiedział, że Susan ma rację i już nie ma sensu ukrywać przed nią tego, co czuje do Ab. Za długo go znała.
- Jasne! Najłatwiej jest uciec na koniec świata i schować głowę w piasek! - Warknęła i wyszła trzaskając drzwiami, tak aż zatrzęsły się ściany. Został sam na sam z olbrzymimi - i cały czas rosnącymi - wyrzutami sumienia.

I chociaż przeminęła już ta chwila,
Ciągle nie mogę od tego uciec.
[...]
Blizny są pamiątkami na zawsze,
Przeszłość jest zawsze blisko.
[..]
Czy to nie smutne, że życie
To więcej niż to kim jesteśmy?
Goo Dolls "Name"

~*~

- Abby, otwórz! Proszę... Musimy porozmawiać! - Stał pod jej drzwiami już ponad dwie godziny. Nadal go nie wpuszczała. Jak bardzo chciał jej wszystko wyjaśnić, przeprosić ją. - Abby, przepraszam! Nie chciałem żeby to się tak skończyło! - "Nie chciałem żeby w ogóle się kończyło" - dodał w myślach.
- Wszystko w porządku? - Z mieszkania obok Abby wyłoniła się starsza pani w papilotach na głowie, różowym szlafroku i w zbyt mocnym makijażu. Jego córka miała dorastać w takim otoczeniu? Zmusił się do uśmiechu i odwrócił się w stronę kobiety.
- Tak, proszę pani. - Odparł. Jej ciekawski wzrok zirytował go. Ponownie skupił wzrok na zamkniętych drzwiach.
- Żona? - Ponownie dobiegł go głos upierdliwej staruszki. Przewrócił oczami, miał nadzieję, że schowała się z powrotem w mieszkaniu. Nie znosił takich osób.
- Nie sądzę, żeby miało to dla pani jakiekolwiek znaczenie. - Odpowiedział niezbyt przyjemnie. Niemal widział jak na jej twarz wpływa oburzenie. Nic nie powiedziała tylko trzasnęła drzwiami. Uśmiechnął się smutno.
- Ab! Proszę! - Wciąż zastanawiał się, jakim cudem z ich związku, z ich przyjaźni, powstało takie bagno... Nie potrafił znaleźć odpowiedzi na to pytanie, podobnie jak nie mógł wyrzucić z głowy jej zranionego spojrzenia, gdy obserwowała jego i Kem. Jakim cudem ta kobieta wróciła z nim do Chicago? Jak to się stało, że został tyle czasu w Kisangani? Czy to upały poprzestawiały mu do reszty w głowie? Tyle pytań bez odpowiedzi. Kiedyś sądził, że postąpił właściwie, teraz wiedział, że to była pomyłka. Chyba największa w jego życiu. Bezpowrotnie stracił serce jedynej kobiety, którą kochał. Zawiódł wszystkich dookoła siebie: Bobby'ego, swoją matkę, ojca, babcię, Lucy, Abby... Mógłby jeszcze długo wymieniać. Dlaczego tak się działo? Czemu nie potrafił postępować tak jak nakazywało mu jego serce? Gdyby tylko posłuchał jego głosu... Wszystko mogłoby być inaczej. Czuł, że jego miejsce było przy Abby, ale teraz było już za późno... Tak bardzo chciał cofnąć czas...
- Ab! - Wiedział, że jego prośby nie odniosą żadnego skutku. Kiedy chciała potrafiła być uparta... Znowu go odtrąciła, po tym jak on ją. Chyba to wychodziło im najlepiej. Wzajemne zadawanie sobie ran... Zrezygnowany wyjął z portfela swoją wizytówkę a z kieszeni długopis. Na odwrocie sztywnego papieru w kolorze ecru napisał kilka słów: "Abby, przepraszam... Proszę zadzwoń do mnie.". Miał nadzieję, że nie wyrzuci tego od razu gdy zorientuje się, że to od niego. Z poczuciem zawodu ruszył korytarzem. Odwrócił się i rzucił ostatnie smutne spojrzenie na drzwi, za którymi czekało na niego szczęście.

~*~

I chociaż przeminęła już ta chwila
Ciągle nie mogę od tego uciec
Widziałam marzenia, których miałeś nigdy nie stracić.
Rozrzucone wzdłuż drogi
Goo Goo Dolls "Name"

Udawała przed samą sobą, że nie słyszy jego próśb. Zamknęła się w sypialni, położyła na łóżku i usiłowała uspokoić skołatane nerwy słuchając swoich ulubionych utworów. Próbowała sobie wmówić, że to tylko sen, że to nie wydarzyło się naprawdę. Nie potrafiła. Wspomnienia ojca odjeżdżającego ich pikapem i Cartera z tamtą kobietą nie chciały od niej odejść. Powracały niczym natrętna mucha... Poczuła jak Phoebe robi salta w jej brzuchu. Uwielbiała te chwile. Tylko one dawały jej teraz radość. Tak bardzo chciała uwolnić się od wszystkich trosk, mieć pewność, że z nią i Phoebe będzie wszystko dobrze i będą szczęśliwe... Próby uspokojenia się nie przynosiły żadnego rezultatu. Wciąż przeżywała to od nowa. Znowu, jeszcze raz. I tak w kółko.
Jej ojciec.
John z nowa kobietą.
Maleńkie, bijące serduszko Phoebe na monitorze USG.
List.
Ich pierwszy pocałunek.
Pierwsza kłótnia.
Kiedy powiedział jej, że chce jej pomóc.
To wszystko było jedną wielką iluzją, dotąd żyli w kłamstwie. Nie kochał jej, była dla niego tylko jedną z wielu zabawek, na które mógł sobie pozwolić. Nie mogła powstrzymać bezgłośnego szlochu, który wstrząsał jej ciałem... Gdy skończyły się wszystkie łzy, zmęczona przytuliła głowę do poduszki i gładząc swój brzuch zapadła w objęcia Morfeusza.

~*~

„Człowiek jest odpowiedzialny nie tylko za uczucia, które ma dla innych, ale i za te, które w innych budzi.“
Stefan Wyszyński

Z ciężkim sercem przekroczył próg hotelowego pokoju, który zajmował wraz z Kem. Wynajęli go dzisiejszego ranka tuż po tym jak wylądowali. Nawet nie zdążyli się rozpakować. Wzięli szybki prysznic, zjedli śniadanie i pojechali do County. Bardzo tęsknił za swoimi przyjaciółmi, a najbardziej za nią, za kobietą swojego serca - za Abby, chociaż zrozumiał to dopiero na miejscu gdy szukał jej twarzy z wytęsknieniem. Nie sądził żeby Kem rozumiała czemu chce tak szybko ich wszystkich zobaczyć. W ogóle go nie rozumiała. Na szczęście zaraz zniknie z jej życia. Weźmie swoją torbę, wymamrocze kilka słów przeprosin, zamykając kolejny nieistotny rozdział w swoim życiu, który niebawem zostanie zagrzebany w zakamarkach pamięci. Już dłużej nie mógł utrzymywać jej w iluzji, nie potrafił oszukiwać siebie samego... Jeżeli wciąż by to ciągnęli to mogłoby się to skończyć jeszcze gorzej. Dla ich obojga, dla niego a przede wszystkim dla Abby... Zastanawiał się czy Kem czuła, że nigdy nie udało mu się zdobyć jego w pełni, że zawsze była na drugim miejscu. Nie zdawał sobie z tego do końca świadomości ale zawsze ją porównywał do Abby. Mimo wszystko miał świadomość, że bardzo ją skrzywdzi. Pocieszał się myślą, że długo nie wytrzymałaby bycia tą drugą i prędzej czy później od niego odeszła. Kończąc to teraz chciał zaoszczędzić im więcej niepotrzebnego bólu i krzyków... Naprawdę im czy sobie? Bał się odpowiedzi na to pytanie... Miał nadzieję, że wcale nie był takim skurwysynem jakim się czuł...
- John! Gdzie byłeś? Wiesz jak się martwiłam? - Powiedziała z akcentem, który zaczynał go denerwować. Podbiegła do niego i zarzuciła mu ramiona na szyję próbując go pocałować. Z trudem powstrzymał grymas niechęci, który wywołała swoim zachowaniem i wysunął się z jej objęć. Spojrzała na niego z wyrazem zdumienia na swojej słodkiej twarzy. Zbyt słodkiej. Odsunął się od niej na bezpieczną odległość i zaczął szukać wzrokiem swojej torby. Znalazł ją tam gdzie ją pozostawił, obok łóżka. Niemal słyszał myśli kłębiące się pod kopułą jej czaszki. Za wszelką cenę starał się na nią nie spojrzeć żeby nie czuć się jeszcze gorzej... Na początku ich znajomości sądził, że dla niej też będzie jasne iż ich związek jest tylko krótkotrwały, że gdy przyjdzie na to czas rozstaną się w przyjaźni... Jak bardzo się mylił...
- John...
- Przepraszam Kem, ale nie mogę się z tobą związać. - Przerwał jej wpatrując się w kosztowny kandelabr na ścianie. Najchętniej odwróciłby się i wyszedł aby zaoszczędzić im niepotrzebnych scen lecz nikłe resztki przyzwoitości, które mu pozostały nakazywały mu żeby jej to wszystko wyjaśnił.
- Co? - Zapytała piskliwym głosem. Oczami wyobraźni widział jak przez jej twarz przemyka zdziwienie a oczy nabiegają łzami. Nie miał ochoty tego oglądać. - Mówiłeś...
- Wiem co mówiłem. - Ponownie wszedł jej w słowo gdy zaczęła mówić płaczliwym głosem. Nie znosił takich kobiet, które grały mężczyznom na emocjach chcąc uzyskać to na co miały ochotę. I zazwyczaj im się udawało. Ale nie z nim. Nic nie dodając poszedł po swoją torbę. Zastąpiła mu drogę.
- Co sobie wyobrażasz? Chcesz zostawić mnie bez słowa wyjaśnień? - Podniósł oczy i spostrzegł, że Kem już płacze. Przeklinał te resztki przyzwoitości, które nie pozwalały mu żeby stamtąd wyszedł. Chciał rzucić to wszystko w cholerę i usiąść w wygodnym fotelu za jedynego towarzysza mając butelkę whisky... Musiał coś zrobić żeby zapomnieć chociaż na chwilę. Kem jeszcze raz spróbowała go przytulić ale złapał ją za ramiona i odsunął od siebie. Bardzo cenił u Abby umiejętność znoszenia porażek z podniesioną głową, bez scen. Jednak sądził, że właśnie to popchnęło ją w stronę kieliszka. Dusiła w sobie zbyt dużo emocji. Chciałby żeby przed nim się otworzyła. Chciał jej pomóc wziąć część jej bólu na siebie. We dwoje byłoby im łatwiej... Ale co zrobił? Zranił ją chyba tak bardzo jak nikt dotąd a teraz łamał serce innej kobiecie... Niemal stracił nad sobą panowanie kiedy Kem zaczęła spazmatycznie szlochać. Ścisnął ją mocniej za ramiona, ostatkiem sił powstrzymywał się przed potrząśnięciem jej drobnym ciałem.
- Nie dotykaj mnie. - Warknął. Puścił ją i wyminął. Podniósł swoja torbę i odwrócił się w stronę drzwi. Nie udało mu się zajść daleko - złapała go za ramię. - Uspokój się!!!
- Mam być spokojna? Ciągniesz mnie tutaj, mówiąc, że mnie kochasz a teraz co? Poszłam w odstawkę? Znudziłam ci się? - Już nie płakała lecz krzyczała na niego. Puściła go.
- Kem przestań! Nie potrafisz pogodzić się z tym, że z nami koniec? Nie kochałem cię. - Dodał szeptem patrząc w dal. Jego słowa odebrały jej głos. Stali przez chwilę w ciszy po czym poczuł silny policzek, który mu wymierzyła. Czuł, że na niego zasługiwał. Skrzywdził kolejną kobietę, która stanęła na jego drodze. Odwrócił się i wyszedł nie zaszczycając jej spojrzeniem. Gdy był za drzwiami dobiegł go odgłos głośnego płaczu. Nie tak chciał to rozegrać... Dzisiejszy dzień przyniósł dla niego zbyt dużo bólu... Jedyne co byłoby w stanie przywrócić mu jego spokój to normalna rozmowa z Abby, która niestety była tylko marzeniem...

~*~

"Jeśli się chce, by mężczyzna czy chłopiec pożądał danej rzeczy, należy ją jedynie uczynić trudno osiągalną."
Mark Twain

- Ale ze mnie kawał skurwysyna... Zostanę tatusiem... - Jego syn siedział w kuchni nad prawie pustą butelką whisky i mówił sam do siebie. Oczy nabiegły mu krwią, miał rumieńce, potargane włosy a ślad po uderzeniu spuchł - jednym słowem uosabiał obraz nędzy i rozpaczy. Błądził wzrokiem po przedmiotach, które istniały tylko dla niego. Podpierał głowę na lewej ręce, prawa wciąż go bolała, i niewyraźnie bełkotał. Przyłożył butelkę do ust i pociągnął długi łyk. Jego ojciec widząc syna w takim stanie zatrzymał się na progu pomieszczenia i nie wiedział jak się zachować. Po chwili wahania wszedł do kuchni i podstawił sobie krzesło obok niego. Usiadł na nim zastanawiając się co doprowadziło jego jedynego syna do takiego stanu... Już kolejny raz nie potrafił mu pomóc. Nigdy nie było go przy nim gdy był potrzebny: po śmierci Bobby'ego, po ataku w szpitalu, gdy zaczął brać... Nigdy. Był jego ojcem tylko formalnie. Jak bardzo chciał żeby to wszystko się zmieniło... Gdy jego dzieci były małe skupił się na pracy, sądził, że wystawne życie i wspólne wyjście raz na pół roku wystarczy... Jak bardzo się mylił... Po śmierci Bobby'ego już zupełnie przestał poświęcać czas jemu i Barbarze. To wszystko spowodowało, że wyrósł między nimi zbyt duży mur i żadne z nich nie miało odwagi go zburzyć. A wystarczyła tylko odrobina szczerości i uczucia...
- John, co się stało? - Zapytał przerywając jego bełkot i usiłując skupić na sobie jego uwagę. Młody mężczyzna miał trudności z utrzymaniem swojego rozbieganego wzroku na swoim ojcu.
- Zostanę... Zostanę... tatusiem... - miał duży problem z mówieniem, a on ze zrozumieniem. Gdy znaczenie słów w pełni do niego dotarło otworzył oczy szerzej ze zdumienia. Zostanie dziadkiem??? Wiedział, że w życiu jego syna jest dużo kobiet ale żeby od razu mieć dziecko dziecko? Niedawno wspominał o jakiejś Kem, którą poznał w Kongo. Będzie matką jego wnuka? Jego kolejny wnuk będzie... czarny? O czym on myślał? Córki Barbary nigdy nie widział... Wiedział tylko, że mała ma dwa lata i nazywa się Olivia... Jeżeli ta kobieta miała uczynić Johna szczęśliwym to nie miałoby to żadnego znaczenia ale John nie wyglądał na takiego. Wręcz przeciwnie był załamany.
- Kem? - zapytał zduszonym głosem. Minęło trochę czasu nim jego syn wrócił myślami do rzeczywistości.
- Nie... - jęknął. - Moja kochana Abby... Straciłem ją... Nie chce mnie znać...- Abby? Przecież już dawno zerwali. Ciałem jego syna wstrząsnął płacz, spojrzał na niego nic nie rozumiejąc. Poczuł ukłucie serca - to był jego syn i cierpiał... Nie był pewien czy powinien to zrobić ale w końcu przysunął się do niego i przytulił go. John przywarł do niego zanosząc się jeszcze silniejszym szlochem. Nie mógł znieść widoku swojego syna w takim stanie. Jeszcze nigdy go w takim nie widział, nawet gdy był małym chłopcem, nawet po śmierci Bobby'ego... Zaczął uspokajająco głaskać jego plecy. Przez jego głowę jak w kalejdoskopie przemykały wspomnienia przynosząc mu dodatkową udrękę.
Pierwszy krzyk Johna.
Lekarz, który oznajmia im co dolega Bobby'emu.
Ich dzieci szalejące na trawniku.
Śmierć jego matki.
Barbara oznajmiająca, ze wychodzi za mąż i przeprowadza się do Londynu.
Złość Eleanor.
Ślub jego i Eleanor.
Śmierć Bobby'ego.
Wiadomość o ataku na Johna.
- Już dobrze... Zobaczysz wszystko się ułoży... - starał się jak mógł pocieszyć go. Jemu samemu nie było łatwo... - Szszszsz... Będzie dobrze, synku... - czuł, że powoli zaczyna się uspokajać. Gdy jego oddech się wyrównał chciał się wyswobodzić z jego uścisku. - John, w porządku? - zapytał zaniepokojony gdy nie reagował. W odpowiedzi otrzymał tylko głośne chrapanie...

~*~

~*~

"Przeze mnie wejdziesz do miasta cierpienia,
Przeze mnie wkroczysz w wiecznych mąk obszary,
Przeze mnie zastąpisz na dno zatracenia."
Dante Alghieri "Boska komedia"

Było lato. Znajdowali się na polanie zewsząd otoczonej drzewami. Przez ich bujne korony przedzierały się promienie słońca rzucając wszędzie barwne refleksy. Gdy uważnie wpatrzyła się w głębie lasu dostrzegła stadko saren przypatrujące się im z uwagą. Trawa była wysoka i soczyście zielona a w niej skrywały się najpiękniejsze kwiaty jakie kiedykolwiek widziała. Miały fantazyjne kształty i egzotyczne kolory. Gdzieniegdzie wyrastały małe krzaczki jagód, malin i jeżyn. Wokół nich biegały roześmiane dzieci. Te całkiem duże i malutkie, które dopiero nauczyły się chodzić. Chłopcy i dziewczynki różnych ras. Bawili się w chowanego, berka, ciuciubabkę i wiele, wiele innych zabaw. Niektóre wznosiły się do nieba na czerwonych huśtawkach - góra... dół... - machając nóżkami i śmiejąc się perliście. Byli jedynymi dorosłymi pośród tej rozbrykanej gromadki ale nie czuli się niechciani. Siedzieli na dużym, błękitnym kocu w kolorowe baloniki i białe chmurki. Między nimi siedziała malutka Phoebe i budowała z ich pomocą wieżę z drewnianych klocków. Gdy już nie była w stanie unieść jeszcze jednego klocka, dziewczynka dotykała jej czubek swoim małym, pulchnym paluszkiem z ledwo widocznym paznokietkiem i przewracała ją. Kiedy wszystkie klocki znalazły się z powrotem na kocu biła brawo i pokazywała im swoje dwa pierwsze ząbki w radosnym uśmiechu. I zabawa zaczynała się od nowa. Nic nie mówili. W tej idyllicznej krainie nie było słów - wystarczał śmiech, spojrzenia i gesty. Potrafiły wyrazić wszystkie uczucia nie umniejszając i zeszpecając ich. Czasem ich dłonie spotkały się na jednym klocku wywołując u nich bezwiedny uśmiech albo łapali swoje spojrzenie pełne ciepła ponad głową swojej pociechy. Jednak nie mogła zdusić w sobie irracjonalnego uczucia niepokoju, które panoszyło się w jej sercu. Skąd się wzięło? Przecież w tej krainie nie było żadnych smutków, była dopracowana do perfekcji. Może właśnie to ją zaalarmowało? Świat nie może być idealny... Rozejrzała się z napięciem dookoła siebie. Wciąż nikt nie zwracał na nich uwagi. Przeniosła spojrzenie na swoją córeczkę i jej tatę - nie zauważyli jej zdenerwowania. Błądziła wzrokiem coraz bardziej panicznie z szybko bijącym sercem. Jej oddech przyśpieszył. Nie mogła się uspokoić. Chciała się odwrócić do tyłu ale nie mogła wykonać żadnego ruchu. Na twarz mężczyzny wpłyną jeszcze szerszy uśmiech, o ile to w ogóle możliwe i swój wzrok utkwił w czymś za nią. Usłyszała odgłos głośnych, za głośnych jak na dziecko, zbliżających się kroków. Ponownie spróbowała się odwrócić. Wciąż nie mogła. Czuła, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi. John wstał i wyciągnął do kogoś ramiona zupełnie jej nie zauważając. Chciała krzyknąć. Już wiedziała co wzbudziło jej niepokój - to była ta ciemnoskóra kobieta. Rzuciła się na szyję Johna i zaczęli się całować nie zwracając na nią najmniejszej uwagi. Na twarz Phoebe wstąpił smutny grymas a wszystkie dzieci przestały się bawić i całe swoje zainteresowanie skupili na nich. Otoczyły ich ścisłym rzędem sprawiając, że żadnemu promykowi słońca nie udało się przez nich przedrzeć. Było zupełnie ciemno i zrobiło się zimno. Ptaki poderwały się z gałęzi i wzbiły w powietrze powodując upiorny hałas. Jedyne co widziała to pozbawione tęczówek białka dzieci i sylwetkę swojej córki, która emanowała wewnętrznym światłem. Mała była przerażona. Wyciągała ku niej ręce i płakała. Zmroził ją strach. Poczuła, że ziemia pod nią zaczyna pękać. Chciała uciec, ale nie mogła nic zrobić. Pęknięcie wciąż się powiększało i gdy otwór był wystarczająco duży zaczęła spadać w czarną otchłań...
Puk, puk.
Phoebe wyciągnęła małe rączki do środka dziury. Zmniejszały się coraz bardziej aż w końcu całkowicie zniknęły. Wciąż spadała.
Puk, puk.
Upadła na dno roztrzaskując się na miliardy maleńkich kawałeczków...
Puk, puk.
Otworzyła oczy. Jej serce kołatało, była zlana potem a oddech miała szybki i urywany. Starała się przypomnieć sobie jaki miała sen. Jedyne co pamiętała to ogromny lęk i dudnienie, które jednak okazało się jak najbardziej realne.

~*~

John obudził się w swoim łóżku. Nie wiedział co wydarzyło się wczorajszego
wieczoru od momentu w którym zawartość połowy butelki znalazła się w jego żołądku. Bolała go głowa, było mu niedobrze, suszyło go, a do tego zaczynały wracać smutne wspomnienia. Próby ich zagłuszenia zdały się na nic, tylko spowodowały, że dziś czuł się jeszcze gorzej. Otworzył oczy, lecz natychmiast je zamknął - w pokoju było zbyt jasno. Wygrzebał się z pościeli i tłumiąc jęk bólu podniósł z łóżka. Miał na sobie wczorajsze ubranie, które było brudne i pomięte. Nie miał butów, a na lewej stopie brakowało skarpetki. Przemknęło mu przez myśl, że wczoraj był jeszcze na tyle przytomny aby je zdjąć przed pójściem spać. Zaklął z bólu gdy stanął bosą stopą na przewróconym bucie. Spróbował włożyć je na stopy, lecz z zamkniętymi oczyma okazało się to zbyt trudnym zadaniem. Na bosaka podszedł do okna, po drodze wpadając na meble. Gdy zasłonił zasłony ponownie otworzył oczy, było zdecydowanie lepiej. Rozejrzał się w poszukiwaniu skarpetki, ale nie udało mu się jej znaleźć. Wsunął na stopy obuwie i postanowił zejść do kuchni. Przeprawa okazała się wyjątkowo nieprzyjemna zważywszy na fakt iż w domu była znakomita akustyka. Chociaż starał się stąpać jak najciszej każdy krok rozbrzmiewał w jego głowie co najmniej jak donośny odgłos dzwonu. Na domiar złego w hallu było bardzo jasno. Po dotarciu do celu pierwszym co zrobił było skierowanie się do lodówki.
- Chcesz kefir? - nim zdążył ją otworzyć dobiegł go donośny głos. Skrzywił się i odwrócił się w stronę z której dochodził. Jego ojciec siedział przy stole i popijał kawę ze smutną miną. Otworzył szerzej oczy ze zdziwienia, gdy rozmawiali po raz ostatni planował dłuższy pobyt we Francji. Był ciekaw co spowodowało jego wcześniejszy powrót, jednak nie było to najistotniejsze w obecnej chwili.
- Nie tak głośno. - jęknął i podszedł w jego stronę aby zająć krzesło naprzeciwko niego. Sięgnął po kartonik kefiru, który stał obok filiżanki kawy, otworzył go i łapczywie wypił jego zawartość. Gdy już nie było ani kropli odstawił go. Poczuł się niewiele lepiej ponieważ uporczywy ból głowy wciąż go męczył. Nie był spowodowany tylko ilością alkoholu, którą wypił ale także natłokiem ponurych myśli, które kłębiły się w jego głowie. Powoli przestawał sobie zdawać sprawę z tego, że siedzi ze swoim ojcem w kuchni jego domu z olbrzymim kacem. Jego zainteresowanie bezwiednie skupiło się na tym co wydarzyło się wczorajszego dnia. Pierwsze emocje już opadły i zaczynał zastanawiać się nad tym co będzie dalej... Nie mógł tego tak zostawić, ale nie udało mu się znaleźć żadnego rozwiązania, które byłoby dla nich najlepsze. Chciał być z nimi, ale to było nieosiągalne, przynajmniej nie w tej chwili. Miał świadomość tego jak bardzo skrzywdził Abby oraz wiedział, że minie bardzo dużo czasu nim pozwoli mu zbliżyć się do siebie, nim będzie potrafiła mu drugi raz zaufać. A nie mieli czasu... Wyglądało na to, że była w siódmym miesiącu ciąży. Wszystko się zgadzało - wielkość jej brzuszka i wspomnienia. Za dwa miesiące zostanie tatusiem... Wszystko działo się tak szybko, za szybko. Jeszcze przedwczoraj był w Kongo i cieszył się na myśl o powrocie do domu, a teraz siedział tutaj i analizował swój nieudany związek z Abby. Oboje nie nadążali nad tym szalonym tempem, nie mieli wystarczająco dużo odwagi, żeby zagubić się w sobie, w tym co ich łączyło.
- Chcesz aspirynę? - do jeszcze smutniejszej rzeczywistości przywołał go głos ojca, który musiał wziąć jego nieciekawą minę jako skutek kaca... Spojrzał na niego niezbyt przytomnym wzrokiem i pokiwał głową.
- Poproszę. - Jack wstał i podszedł do szafki. Wyjął z niej lekarstwo, nalał do szklanki wodę i wrzucił do niej dwie musujące tabletki. Postawił naczynie z rozpuszczoną aspiryną przed synem, który wypił ją duszkiem. - Dzięki... Kiedy przyjechałeś?
- Nie pamiętasz? - nie wyglądał na zdziwionego. John usilnie próbował sobie przypomnieć co zaszło wczorajszego wieczoru. Bezskutecznie. Obawiał się, że mógł powiedzieć za dużo... Spojrzał speszony na starszego mężczyznę z niemym pytaniem w oczach.
- Coś mówiłem? - zapytał po chwili niepewnym i pełnym obawy głosem. Poczuł na sobie przeszywające, pełne smutku spojrzenie. Nim Jack odpowiedział zajął swoje miejsce.
- Powiedziałeś, że... - przerwał zastanawiając się jakich słów ma użyć. Wiedział, że John nie czułby się dobrze gdyby wiedział co wczoraj zaszło między nimi. - Powiedziałeś, że Abby spodziewa się twojego dziecka. - w końcu zdecydował się przerwać milczenie i najdelikatniej jak potrafił powiedział mu o części ich wczorajszej rozmowy. Postanowił pominąć jego zachowanie i dalszą część tego co usłyszał. Ręce Johna mocniej zacisnęły się na szklance, w której utkwił spojrzenie. Naprawdę powiedział to swojemu ojcu? I co teraz? Ma mu opowiedzieć co między nimi się wydarzyło? A może usłyszy pouczający monolog, w którym ojciec będzie mu radził co powinien zrobić? Zapadła między nimi uciążliwa cisza. Obaj nie mieli wystarczająco dużo odwagi, żeby ją przerwać.
- To nie tak miało wyglądać, tato. Nie tak... - odparł kilka, ciągnących się w nieskończoność minut później, gdy dłuższe milczenie stało się nie do zniesienia. Poza tym czuł, że musi z kimś porozmawiać. Susan się do tego nie nadawała, bo sama była kobietą i nie zrozumiałaby go. Luka też nie wydawał się być odpowiednim kandydatem do zwierzeń ze względu na to co go kiedyś łączyło z Abby. Nie był ślepy i wiedział, że nie przeszło mu do końca. Oprócz tej dwójki nie miał prawdziwych przyjaciół. Zresztą nie sądził, żeby ktokolwiek z County go zrozumiał...
Jack spojrzał na niego zaskoczony, nie sądził, że będzie próbował z nim porozmawiać... Nigdy tak naprawdę nie rozmawiali... Nie zareagował, sądząc, że John jeszcze coś doda, jednak już nic nie usłyszał.
- Zobaczysz... Ułoży się wam... - powiedział i niepewnie poklepał go po plecach. W odpowiedzi otrzymał pełne powątpienia spojrzenie.

~*~


Post został pochwalony 0 razy
 
Zobacz profil autora
Frotka
Pielęgniarz



Dołączył: 16 Lis 2006
Posty: 202
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

 PostWysłany: Czw 19:52, 23 Lis 2006    Temat postu: Back to top

O MAMO!

Post został pochwalony 0 razy
 
Zobacz profil autora
Abby Carter
Stażysta



Dołączył: 28 Wrz 2005
Posty: 1272
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5

 PostWysłany: Czw 20:36, 23 Lis 2006    Temat postu: Back to top

tak, O TATO? Very Happy <joke>

~*~
"Kocha się tylko to, od czego się cierpi."
Gustaw Flaubert

Wzięła kilka głębszych wdechów usiłując uspokoić serce i oddech. "Spokojnie, to tylko koszmar." - powtarzała sobie w myślach, a gdy to nie pomogło zaczęła do siebie szeptać. Gdyby ktoś ją teraz widział pomyślałby, że coś z nią nie tak - leżała w skotłowanej pościeli, jej twarz była blada, jakby odpłynęła z niej cała krew, i mokra od potu, jej włosy były w nie ładzie, a dresowe spodnie w których sypiała zsunęły się pod brzuch, tak, że cały był na wierzchu. Skóra na nim była napięta i błyszcząca, a jej pępek wystawał. Czasami tworzyły się na nim wybrzuszenia w zależności od tego jak ułożyła się maleńka istotka, która w nim żyła. Tak było i teraz. Po prawej stronie, nieco powyżej pępka była mała gula, która mogła być dziecięcą piętą. Abby wygrzebała swoje ręce spod kołdry i położyła je na swoim brzuszku. Miała nadzieję, że jej córeczka nie wystraszyła się tak jak ona. Często zastanawiała się o czym może myśleć jej nienarodzona pociecha oraz co powiedziałaby jej, gdyby mogła. Kazałaby jej iść do domu i nareszcie odpocząć, albo chciałaby posłuchać jakiejś miłej historyjki? A może zapytałaby się gdzie jest jej tata? Jak przez mgłę przypomniała sobie, że John był we śnie. Westchnęła z irytacją - nie dość, że skrzywdził ją w życiu, to musi robić to i we śnie? A może właśnie to wszystko było snem? Jej rozmyślania zostały przerwane przez kolejną serię uderzeń do drzwi. Zaklęła, łamiąc po raz kolejny w ciągu ostatnich miesięcy przyrzeczenie, które sobie złożyła: że będzie spokojna, szczęśliwa i nic nie wyprowadzi jej z równowagi. Cóż... nigdy nie była dobra w dotrzymywaniu tego typu postanowień. Wygrzebała się z pozwijanej kołdry i wstała z łóżka. Na bose stopy włożyła ciepłe kapcie w kształcie królików. Były pastelowo różowe, miały błękitne oczka i bielutkie noski. Po bokach miały różowe uszy ze śnieżnobiałym środkiem, które nie były krótkie, ale także nie za długie. Były dokładnie takie, aby nie obawiać się, że nadepnie się na nie i przewróci. Poprawiła spodnie, czując pod ręką kopnięcie Phoebe. Narzuciła na siebie puchaty szlafrok, który był takiej samej barwy jak bambosze. Z obu stron miał duże kieszenie, z których wystawały naszyte, kolorowe aplikacje. Nad prawą można było zobaczyć malutkiego słonika, który trzymał trąbą trzy baloniki: błękitny, żółty i zielony. Natomiast z lewej wyłaniało się kilka pyszczków z minami wielkich odkrywców, należących do malutkich zwierzątek. Trudno powiedzieć, czy były to pieski, kotki a może niedźwiadki. Słowo, które wyrzuciła z siebie, gdy do jej uszu dobiegło kolejne puknięcie nie pasowało najlepiej do jej stroju. Mina i fryzura również wydawała się być nie na miejscu.
- Abby! Jesteś tam? - zza drzwi dobiegł ją zaniepokojony głos Susan. Co było tak ważne, żeby budzić ją nachalnym dobijaniem się do drzwi?
- Idę! - krzyknęła. W obecnym stanie nie poruszała się tak szybko jakby chciała. Kiedy doszła do drzwi wejściowych jej wzrok przykuła malutka karteczka leżąca tuż pod nimi, jakby ktoś ją wsunął przez szparę. Schyliła się, aby ją podnieść, a z jej ust wydobyło się głośnie sapnięcie - podnoszenie czegokolwiek z podłogi kiedy przed sobą miało się ogromny brzuch nie było najłatwiejszym przedsięwzięciem. Otwierając zamki odczytała zadrukowaną stronę arkusika, który jak się okazało był wizytówką. Na samym środku wytłuszczonym drukiem było napisane imię i nazwisko, które budziło w niej tyle niemiłych wspomnień i które tak bardzo chciała wyrzucić z pamięci, a zarazem było dla niej tak ważne... Chociaż sama przed sobą starała się do tego nie przyznawać wyprowadziło ją to z równowagi. Nie potrafiła zapomnieć tego co wydarzyło się kilka miesięcy temu, a tym bardziej wczoraj. Wszystko do niej wracało, powodując jej coraz gorszy nastrój. Wpuściła swoją przyjaciółkę do mieszkania, zgniatając papier jakby był zwykłym śmieciem, nie zwracając uwagi na to co ręcznie naskrobał. Rzuciła malutką kuleczką do kosza trafiając za pierwszym razem. Susan z zainteresowaniem śledziła jej lot, ale nie zapytała co to było. Zamiast tego zmierzyła ją uważnym, emanującym zaniepokojeniem spojrzeniem.
- Wszystko w porządku? - zapytała ostrożnie zdejmując płaszcz. Wbiła zdziwione spojrzenie w jej ubranie, ale nie skomentowała go. Abby wyglądała jak chmura gradowa, co stanowiło dość jaskrawy kontrast z jej strojem. Czasami miała dość tej przesadnej troski przyjaciół, którzy obchodzili się z nią jak z jajkiem. Pilnowali się, żeby imię Cartera nie zostało przy niej wspomniane, ani aby nie poruszyć żadnego powiązanego z nim tematu, co chwilę zadawali jej to pytanie, którego już miała dość: "wszystko w porządku?". Za każdym razem gdy je usłyszała chciało jej się krzyczeć z frustracji. Doskonale wiedzieli, że nie było w porządku! Gdyby było to właśnie leżałaby w łóżku u boku mężczyzny swojego serca marząc o niedalekiej przyszłości. A tymczasem była sama w siódmym miesiącu ciąży, a mężczyzna jej serca miał inną. "Przecież to jest wymarzona sytuacja dla kobiety, która z nich nie chciałaby być na jej miejscu?" Odpowiedź nie była zaskakująca: żadna.
- Dobijałaś się do drzwi tylko po to, żeby zadać mi to pytanie po raz milion setny? - warknęła. Gdyby postaci z jej szlafroka i kapcie-króliczki mogłyby się ruszać zapewne uciekłyby gdzie pieprz rośnie. Blondynka również miała ochotę to zrobić, ale wiedziała, że pod maską zdenerwowania kryje się malutka, zagubiona dziewczynka, która ma ochotę wypłakać się na czyimś ramieniu. Do tej pory jeszcze nigdy tego nie zrobiła. Abby podeszła do lodówki i wyjęła z niej opakowanie śledzi w sosie pomidorowym, postawiła na stole i znowu podeszła do kuchennego blatu. - Zjesz coś? - zwróciła się do niej nieco spokojniejszym głosem, a kobieta pokręciła głową. Wzięła z blatu słoik masła orzechowego, a z chlebaka kilka kromek ciemnego pieczywa, które położyła na talerzu. Z szuflady wyciągnęła nóż i ze wszystkim produktami podeszła do stołu, przy którym właśnie usiadła Susan.
- Przepraszam. - odparła, chociaż w jej głosie brakowało skruchy. Zresztą Abby zaczynała przechodzić złość. Miała dość tych wiecznie zmieniających się nastrojów... Jej wzrok spoczął na etykietce masła orzechowego i jak przez mgłę uświadomiła sobie, że ten rodzaj, który przed nią stał był ulubionym Johna. Wciąż ciężko było jej wyzbyć się niektórych przyzwyczajeń, które nabrała gdy mieszkali razem. Irytowało ją to jeszcze bardziej. - Nie chciałam cię obudzić.
- Nie ma sprawy... - odpowiedziała uśmiechając się ponuro. Rozsmarowała brązowo pomarańczowy krem na pierwszej kromce i otworzyła pudełko śledzi. Zadziwiało ją to, co ciąża robi z upodobaniami smakowymi. Wcześniej nie znosiła śledzi, a połączenie ich z taką kanapką nawet nie przeszłoby jej przez myśl.
- Jak się czujesz? Jesteś blada. - zapytała się z troską. Abby spojrzała na nią wzrokiem, który rozwiewał jakiekolwiek wątpliwości co do jej samopoczucia. Zabrała się za konsumpcję śniadania rozmyślając o wczorajszym wieczorze. Tak bardzo chciała uwierzyć, że nic dla niego nie znaczy, ale było jej coraz trudniej... Wtedy mogłaby pogrzebać nękające ją wyrzuty sumienia. Z drugiej strony nie chciała, aby wciąż do niej coś czuł. Sama nie mogła się zorientować w swoich uczuciach, a jego były już dla niej całkowitą niewiadomą. Gdy na nią patrzył jego wzrok był pełen... żalu, smutku? Nie umiała zdefiniować emocji, które w nim widziała. Całym sercem próbowała go znienawidzić, ale nie potrafiła... Nie sądziła, że to wszystko będzie takie trudne... Myślała, że ten epizod w jej życiu stanie się kolejnym zakończonym i zagrzebanym w pamięci rozdziałem. Jednak kiedy go zobaczyła już nie była tego taka pewna...
- Abby, mogę? - zwróciła się do niej spoglądając z apetytem na posiłek przyjaciółki. Abby wbiła w niej zaskoczone spojrzenie.
- Nie sądzę, żeby ci smakowało. - przestrzegła ją. - Kobiety w ciąży lubią... - przerwała zastanawiając się co powiedzieć - oryginalne połączenia. - Susan machnęła ręką, wstała i wyjęła z chlebaka kilka kromek pieczywa i talerz po czym wróciła do stołu. Wzorem koleżanki posmarowała chleb i nałożyła na talerz śledzia. Abby nie spuszczała z niej zdziwionego wzroku. - Jesteś w ciąży? - zapytała zdumiona. Kobieta zaczerwieniła się lekko i pokiwała głową.
- W drugim miesiącu...
- Gratuluję. - odpowiedziała starając się, żeby jej głos zabrzmiał radośnie, ale nie wyszło to najlepiej. Nie potrafiła cieszyć się ze szczęścia swojej przyjaciółki. Nie w tej chwili, gdy jej cały świat walił się na głowę. Świadomość, że Susan ma kogoś, kto na nią czeka aby się nią zaopiekować, a ona nie ma nikogo takiego była szalenie smutna. Blondynka uśmiechnęła się do niej próbując dodać jej otuchy. Jak zwykle bezbłędnie zrozumiała co się dzieje pod kopułą jej czaszki.
- Zobaczysz, ułoży się między wami. - powiedziała pewnym głosem, cóż ona wiedziała to czego Abby nawet się nie domyślała... W odpowiedzi otrzymała spojrzenie z serii: "sama nie wiesz co mówisz". Chciała uwierzyć w jej słowa, ale wiedziała, że to jest niemożliwe. Znalazł sobie inną, z kim był szczęśliwy.
- Susan, gdybyś była na moim miejscu to porozmawiałabyś z nim? - potrzebowała jakiejś rady, czegoś co uświadczyłoby ją w przekonaniu, że postępuje słusznie, a nie robi kolejny błąd w swoim życiu. Zastanawiała się jak to jest, że ma dopiero trzydzieści pięć lat, a ma już ich tyle na swoim koncie.
- Kochasz go? - zamiast rady, która pomogłaby jej zmienić swoją dotychczasową decyzję usłyszała pytanie na które sama nie znała odpowiedzi.
- Nie? - zapytała sama siebie, dziwiąc się, że dopuszcza do siebie taką ewentualność. Obecność Susan zawsze dziwnie na nią działała... Nigdy nie potrafiła przy niej skłamać. - Chyba nie... Nie wiem. - wpatrywała się w kolorowe podkładki na stole. Kochała go? Nie to niemożliwe... Przecież dawno z nim skończyła. Już nic ich nie wiązało. Ale kiedy go wczoraj zobaczyła miała wrażenie, że wszystkie uczucia wróciły... Gdyby był jej obojętny to chyba nie byłaby zazdrosna? Jedyne czego była pewna, to to, że nie chce go widzieć na oczy przez kilka najbliższych tygodni. Nie potrafiła mu z dnia na dzień wybaczyć tego co jej zrobił. Nie zauważyła błysku triumfu w oczach przyjaciółki zbyt zajęta rozmyślaniem co się dzieje w jej sercu.
- Myślę, że powinnaś spróbować... - usłyszała odpowiedź, która za razem przyniosła jej olbrzymią ulgę i obudziła niepokój. - Nie teraz, za jakiś czas kiedy oboje ochłoniecie. - dodała widząc mieszaninę uczuć na jej twarzy. Abby pomyślała sobie, że prędzej czy później i tak będzie musiała to zrobić i posłała swojej przyjaciółce spojrzenie pełne wdzięczności.

~*~
„I am a dreamer but when I wake
You can’t break my spirit – it’s my dreams you take
And as you move on, remember me
Remember us and all we used to be
I’ve seen your cry, I’ve seen your smile
I’ve watched you sleeping for a while
I’m a father of your child*
I’d spend a lifetime with you
I know your fears and you know mine
We’ve had our doubts but now we’re fine
And I love you, I swear that’s true
I cannot live without you”
* I’d be the father of your child
James Blunt “Goodbye my lover”

Po upływie trzydziestu minut wciąż tkwił w takiej samej pozycji, w jakiej zostawił go jego ojciec. Wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w talerz kanapek, który stał przed nim. Pomimo że czuł się lepiej nie miał apetytu. Nie mógł się powstrzymać od roztrząsania wczorajszych wydarzeń, a w miarę upływu czasu rozmyślał o całym swoim życiu. Jeszcze nigdy nad nim się nie zastanawiał. Sądził, że podczas walki z uzależnieniem czy pobytu w Kongo poznał wszelkie zakamarki swojej duszy, a teraz przekonał się, że był w błędzie. Nie radził sobie z własnymi uczuciami, a tym bardziej z uczuciami innych... Miał tyle okazji na przemyślenia i wszystkie zmarnował...
- Yhm, yhm. - do rzeczywistości przywołały go dyskretne chrząknięcia lokaja, który pojawił się w kuchni. Podniósł głowę spoglądając na mężczyznę, którego znał od zawsze, a jednocześnie wiedział o nim tak mało. - Doktorze Carter, przyszła pańska przyjaciółka. - oznajmił uroczystym głosem i wycofał się. Jego przyjaciółka? Kogo miał na myśli? Rozmyślania uświadomiły mu jeszcze jedną przykrą wiadomość - prawie nie miał prawdziwych przyjaciół, a ci prawdziwi aktualnie byli na niego wściekli... Utkwił zainteresowane spojrzenie w drzwiach, przez które przeszła...
- Susan?
- Hej Carter… - Powiedziała omiatając wzrokiem pomieszczenie. Potrząsnęła lekko głową i mógł dojrzeć wyraz niesmaku na jej twarzy, jednak nie skomentowała, tego, co zobaczyła. – Jak się czujesz? – Zapytała, siadając obok niego.
- Doprawdy, wspaniale. – Mruknął z ironią. Zmarszczyła brwi.
- Naprawdę uważasz, że to ty powinieneś użalać się nad sobą?
- Susan, przestań… - naprawdę nie był w nastroju do kłótni i wysłuchiwania kazań. Znowu miał ochotę zrobić to, co mu się tak dobrze udawało, uciec jak najdalej stąd, zapominając o wszystkim, co się wydarzyło dookoła… Widać, kobieta też nie pałała chęcią sprowadzenia przyjaciela na dobrą drogę, bo nie rozpoczęła kazania. Zamiast tego zajęła się rozwijaniem opatrunku na jego dłoni.
- Boli?
- Głowa czy ręka? – Nie wiedział dokładnie, co Susan ma na myśli, bo jej wzrok zatrzymał się dłużej na pudełku po aspirynie, które leżało na stole.
- Ręka, Carter… Twój kac teraz mnie nie obchodzi, sam sobie na niego zasłużyłeś.
- Dzięki Susan...
- Wczoraj coś ci mówiłam, nie? A teraz właśnie wracam od Abby i jestem na ciebie co najmniej wkurzona.
- Co? – Zerwał się krzesła niemal je przewracając, gdy jej słowa dobiegły do jego uszu. – Rozmawiałaś z nią? Susan, jak mogłaś? – Sądził, że może jej zaufać, nawet jeżeli nie powiedział jej tego co czuje do Abby do końca świadomie. Wydawało mu się, że dotrzyma tajemnicy. Jak zawsze… Często szedł najpierw do niej, a dopiero po uzyskaniu jej aprobaty (bądź bez niej, gdy na czymś mu zależało) przechodził do dalszych czynów. Teraz w głębi duszy miał nadzieję, że Susan pomoże mu w odzyskaniu Abby, pomoże zbudować mu nowy grunt, na którym w niedalekiej przyszłości będą mogli z Abby zacząć życie od nowa razem z córeczką. Liczył, że spróbuje nakłonić kobietę do tego, żeby chociaż go wysłuchała. W końcu to Susan jako pierwsza dostrzegła, co naprawdę do niej czuje i popchnęła go do działania. A teraz tak po prostu zrobiła to, czego nigdy nie spodziewał się z jej strony.
Lekceważąc jakiekolwiek próby wytłumaczenia ze strony blondynki chodził wkoło po kuchni, co chwila łapiąc się za głowę w rozpaczliwym geście. Gdyby Susan nie była zirytowana irracjonalnym zachowaniem przyjaciela, na pewno wybuchłaby śmiechem, bo wyglądał iście komicznie.
Teraz wszystko stracone… Wiedział, że żeby wszystko miedzy nim, a Abby było tak jak dawniej musi z powrotem pozyskać jej zaufanie, odbudować łączącą ich nić, teraz poważnie nadwątloną, jak nie całkowicie zerwaną. Abby była trudną kobietą, nie łatwo było ją zdobyć, w taki sposób jak mu zależało – nie chodziło mu o to, żeby ją całować, pieścić, dzielić z nią intymną część życia, ale chciał być jej przyjacielem, chciał, żeby otworzyła się przed nim i dzieliła z nim swoje wszelkie troski i radości, tak jak za dawnych czasów. Dopiero wtedy mógł naprawdę czerpać radość z ich fizycznej bliskości. Jednym słowem, chciał całej Abby, a zwłaszcza tej najtrudniejszej do zdobycia części… Jeżeli wszystko potoczy się zbyt prędko (zaczynał się zastanawiać, czy wczoraj nie postąpił zbyt gwałtownie, działając pod wpływem emocji), psychiczna więź między nimi może nigdy nie zostać odbudowana…
- Carter! – Do świadomości przywołał go krzyk Susan. Rzucił jej gniewne spojrzenie i chciał coś powiedzieć, ale uprzedziła go: - Mógłbyś usiąść i mnie do końca wysłuchać?! – Nigdy nie sądził, że ta zazwyczaj uprzejma i sympatyczna lekarka, potrafi tak zgromić wzrokiem. Nie był w stanie zrobić nic innego, aniżeli usiąść na swoim miejscu i utkwić spojrzenie w szklance po aspirynie, nie mógł patrzeć jej w oczy. – To, że byłam u Abby wcale nie oznacza, że powiedziałam jej, że wciąż ją kochasz, czego ja nie jestem w stanie zrozumieć. W porównaniu do ciebie, Carter, Abby nie może teraz wziąć butelki i zatopić w niej smutków, uciekając od wszystkich problemów. – Wysłuchując tej reprymendy wypowiedzianej rozeźlonym głosem czuł się jak młody uczniak na dywaniku. – A ty powinieneś się tego wstydzić. Sam do tego doprowadziłeś.
- Susan…
- Nie przerywaj mi!
Wow… jeszcze nigdy nie była taka wściekła…
- Byłam u niej, żeby zobaczyć jak się czuje po twoim kolejnym dziecinnym wyskoku. – Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nie dała dojść mu do słowa, jednak spostrzegł, że jej twarz nieco złagodniała, gdy zobaczyła jego smutną i nieszczęśliwą minę. – Carter… Abby też jest moją przyjaciółką, i potrafię zrozumieć jak się czuje w tej sytuacji. – Ostra nuta jej głosu zniknęła ustępując zwykłej życzliwości. Przez jej twarz przemknął wyraz zawahania, nim kontynuowała. – Też jestem w ciąży i domyślam się, co musi czuć.
- Wow… Gratuluję. – Naprawdę się cieszył, jednak na obecną chwilę nie potrafił tego do końca okazać. Nie teraz, kiedy sam borykał się z problemem, przyszłego ojcostwa… Jak bardzo nie chciał postrzegać tego jako problemu… Ale jak miał to zrobić? Już kochał to dziecko, podobnie jak jego matkę, ale nie wiedział jak to wszystko się ułoży…
- Dzięki. – Susan właśnie miała dziwne deja vu. Ciekawe czy ta dwójka wiedziała, jak jest do siebie podobna… - Chciałam cię o coś prosić.
- Tak?
- Daj Abby czas, żeby mogła to wszystko sobie poukładać. Nie jest jej łatwo, Carter. Doskonale wiesz, że Abby nie łatwo potrafi komukolwiek zaufać, a ty ją zraniłeś. Kochała cię i miała za przyjaciela, a ciosy od osób, po których się ich nie spodziewamy bolą najbardziej…
- Susan… naprawdę nie musisz mi tego wszystkiego mówić. – Westchnął ciężko. Dlaczego wcześniej nie zastanowił się nad swoimi czynami? Ponownie wzięła się za opatrywanie jego dłoni. Widocznie musiała być usatysfakcjonowana tym jak goi się rana, bo nie zawinęła jej z powrotem.
- Ręka wygląda okay, Carter. – Kiwnął głową i zmarszczył brwi, bo kobieta zapatrzyła się w jego twarz z wyrazem zamyślenia. – Susan?
Jednak ona go nie słyszała. Cofnęła się pamięcią do tamtego dnia w szpitalu, kiedy dowiedzieli się, że Abby spodziewa się dziecka.
- Abby, wiozą nam dwa stany krytyczne z wypadku! Ciężarówka zderzyła się z wozem osobowym. – Susan krzyknęła w stronę lekarki, która właśnie jadła czekoladowy batonik, a w zasadzie kolejny z czekoladowych batoników. Cóż, w końcu była w trzecim miesiącu ciąży, prawda? Musi coś jeść. Abby westchnęła z irytacją, ostatnio wszystko ją albo irytowało, albo doprowadzało do płaczu. W głębi duszy cieszyła się, że jej przyjaciele, duża rodzina, do której dołączyła przychodząc tam na praktyki, jeszcze nie dodali dwóch do dwóch, z drugiej strony chciała, żeby sami się domyślili i to jak najszybciej. Nie wiedziała, w jaki sposób im to przekazać. „Cześć, wiecie, że już niedługo zostanę mamą?” – Rzucone zaraz po przyjściu do pracy, nie zdawało się być odpowiednie. Wstała z krzesła i schowała zawinięty niedojedzony baton do kieszeni fartucha.
- Idę! – Odkrzyknęła i żwawym krokiem podążyła do wyjścia na podjazd dla karetek, gdzie już czekali Susan i Luka. Nawet nie zdążyła do nich dojść, kiedy podjechały karetki i nim zauważyła wpadła w codzienny ferwor zajęć. Lubiła to, nawet bardzo, i bynajmniej nie tylko, dlatego, że kochała swoją pracę. Wtedy zapominała. Przez krótką chwilę mogła przestać zadręczać się, robić sobie wyrzuty, wyklinać Cartera, siebie, swoje decyzje. Nie tęskniła za niewypowiedzianymi słowami, i - nie żałowała tych wypowiedzianych. Do wyboru, do koloru. Mówi się, że kobiety są zmienne, ale ona biła wszystkie na głowę, a teraz było jeszcze gorzej… Czasem sama miała siebie dosyć i przychodziło zdziwienie, jak jakikolwiek facet, a zwłaszcza Carter wytrzymał z nią cały rok... Niska samoocena zawsze była jej problemem. Uważała, że może więcej, nigdy nie była w pełni zadowolona z tego, co zrobiła. Każda podjęta przez nią decyzja, wkrótce stawała się być nieprawidłowa… Do tego dochodziło odwieczne odczucie, że kogoś zawiodła. Ojca, Maggie, Erica, Richarda, Lukę… Matkę czteromiesięcznej dziewczynki, którą porwali… Cartera. A teraz bała się, że skrzywdzi dziecko. Jedno już zraniła w największy z możliwych sposobów. Odkąd odkryła, że ponownie jest przy nadziei, nie mogła przestać zastanawiać się jakby wyglądało jej życie, gdyby przed laty nie zdecydowała się na tamten krok. Czy żałowałaby? A może właśnie byłaby mamą wspaniałego sześciolatka, albo sześciolatki? Takiego, jak Douglas…
Właśnie zakończyła zakładanie dojścia centralnego i zabierała się za dren, kiedy jej podbrzusze przeszył ostry ból. Upuściła rurkę, zgięła się w pół i złapała za brzuch.
- Auć!
- Abby, co się dzieje? – Zapytała zaniepokojona Susan. Nie mogła nic odpowiedzieć, bo nadszedł kolejny skurcz, tym razem dużo silniejszy i dłuższy. Jej dziecko! Coś jest nie tak! O Boże, nie może go stracić! Nie teraz, gdy już pogodziła się z tym, że zostanie matką…
- Coś nie tak z dzieckiem… - wysapała ciężko, wspierając się na ramieniu Luki, który złapał ją w ostatniej chwili. Tak silnego bólu nie odczuwała nigdy przedtem…
- Dzieckiem? – Powtórzyła Susan, a w jej głosie pobrzmiewało zdezorientowanie. No i ma za swoje. Dowiedzieli się i nie musiała im tego mówić… Dała się zaprowadzić Luce do Sali obok i położyć na łóżku. Po jej policzku spłynęło kilka łez. Chwila wytchnienia. Skurcze ustały, ciekawe na jak długo… A może to już po wszystkim? Może już nie jest w ciąży… Bała się tak myśleć…Na pewno wszystko jest Okej, musi być optymistką! Wzięła kilka głębokich oddechów, próbując uspokoić walenie serca. Bała się. Była przerażona. Ich, nie… Jej dziecko!
- … cu?
- Hmmm? – Po chwili zdała sobie sprawę, że Luka coś do niej mówi. Pogłaskał ją po ramieniu w uspokajającym geście. Był beznadziejnym chłopakiem, ale świetnym przyjacielem…
- Pytałem się, w którym jesteś miesiącu. – Uciekła wzrokiem, zagryzając wargi. Świetnie… Jeżeli powie Carterowi? W końcu są przyjaciółmi… po tym wszystkim, co przeszli w Kongo na pewno…
- Luka? Nie obrazisz się? Mógłbyś zawołać Susan? – W końcu ona też jest kobietą… Łatwiej zrozumie jej decyzję. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale po chwili je zamknął i pokiwał głową.
- Nie ma sprawy, Abby. – Zanim wyszedł schylił się i pocałował czubek jej głowy. Została sama. Nie mogła powstrzymać fali przerażenia, jej oczy ponownie wypełniły się łzami. Nie zdawała sobie do końca sprawy z tego, że wciąż trzyma rękę na brzuchu, nie dlatego, że boli, ale to był obronny gest. Już teraz chciała chronić to maleństwo, które rosło pod jej sercem.
- Abby, co się stało?
- Nie wiem, Susan… - Nie mogła dłużej powstrzymywać rozpaczliwego szlochu, który wyrwał się z jej piersi. Blondynka spojrzała na nią ze współczuciem i podeszła w jej stronę, żeby przytulić przyjaciółkę. – Boje się, że coś nie tak, z dzieckiem… Miałam skurcze…
- Jesteś w ciąży? – Chociaż słyszała to po raz kolejny, musiała się upewnić. Kiedy Abby potwierdziła, pokręciła głową nic nie rozumiejąc. Skoro jest w ciąży, dlaczego Carter nie wrócił z Kongo? Czyżby między tą dwójką tak bliskich jej ludzi zdarzyło się coś, o czym oboje nie chcieli, nie mogli mówić? Odsuwając na bok wątpliwości natury prywatnej wzięła się za rutynowe badanie. O ile, rutynowym można je nazwać, bo przecież Abby nie była jedną z licznych kobiet, które przychodziły pewnego dnia na Izbę Przyjęć i po kilku godzinach wychodziły, będąc kolejnymi na długiej liście. Abby była jej przyjaciółką. Będzie widywała ją codziennie. Chyba po raz pierwszy, nie licząc swoich lekarskich początków, bała się badania. Ale w końcu Abby o nią poprosiła, prawda? Nie może jej zawieść, zwłaszcza teraz.
- Abby, który to miesiąc? – Przyjaźń przyjaźnią, ale musiała zadać podstawowe pytania.
- Trzeci… - Niemal widziała jak w głowie blondynki kłębią się myśli, jednak będą miały wystarczająco dużo czasu na ich analizę.
- Okay… - Westchnęła i położyła jej rękę na ramieniu. – Abby, nie martw się, dobrze? Zaraz zobaczymy, dlaczego miałaś skurcze. – Podała jej szpitalną koszulę i odwróciła się, a przebrała się. – Już?
- Mhm… - Abby zagryzła wargi i poddała się badaniu.
- Wszystko wygląda dobrze… - Powiedziała Susan z głosem pełnym ulgi.
O Boże! Na szczęście! Niemal od razu po jej twarzy popłynęły łzy, tym razem szczęścia. Wszystko będzie okay!
- Miałaś już robione USG?
- Tak, prawie miesiąc temu. Jest piękna…
- Ona? – Zaśmiała się Susan.
- Tak… myślę, że to będzie dziewczynka.
- No tak, kobieca intuicja… To będziesz miała kolejną okazję do zobaczenia swojej małej. Poczekaj chwilkę. – Wychyliła głowę z sali i powiedziała coś do ludzi w urazówce. Musiała poprosić ich o USG, bo po chwili wszedł Luka prowadząc przed sobą aparat.
- Okej, Ab?
- Tak… - Tym razem uśmiech przyszedł łatwiej. Uspokojony mężczyzna wyszedł z salki. Chwilkę później widziała na szklanym monitorze bijące, maleńkie serduszko. Serduszko jej dziecka. Maleństwa, które wzrastało w niej. Najpiękniejszego cudu. Cudu nowego życia.
- Jej… - Wyrwało jej się pełne podziwy westchnięcie. Nie potrafiła sobie wyobrazić jak jej maleństwo wygląda. Widziała gdzie jest, wiedziała, że tam jest, a jednak zdawało się to tak nierealne.
- Piękne maleństwo, mamusiu. – Susan też zdawała się być zachwycona, a zarazem porażona.
- Sądzę, że wystarczy żebyś przez pewien czas została w domu.. Kto się tobą zajmuje? McLucas?
- Coburn.
- Okay. Zadzwonię po nią, zobaczymy, co powie, a tymczasem zrobię zdjęcia maleństwa. – Wcisnęła właściwy przycisk, kiedy maszyna zaczęła robić fotografie, podeszła do telefonu i wezwała lekarkę.
- Dzięki.
- Nie ma, za co, Ab. Jesteśmy przyjaciółkami, prawda? Jeżeli chciałabyś ze mną o czymś porozmawiać, to wiedz, że zawsze znajdę czas.
- Wiem, Susan. Tylko do mnie samej to jeszcze nie do końca dociera. Jak mogę rozmawiać z kimś o czymś, jeżeli nawet nie wiem czym to jest. – Zagmatwała. Taka była prawda. Ciężko było jej w to uwierzyć, a tym bardziej z kimkolwiek o tym mówić. Tylko, że jednocześnie czuła potrzebę podzielenia się tym wszystkim. Nie zawsze, w niektórych momentach. Jedna z jej wad – skrytość. Zawsze dusiła w sobie emocje. Poczuła na ramieniu uspokajający dotyk lekarki.
- Carter jest ojcem? – Wyrzuciła z siebie to, co ją nurtowało. Zadała to pytanie z czystą ciekawością, bez cienia obwiniania, a Abby mimo to zirytowała się.
- Oczywiście, że tak!
- Przepraszam…- Zawstydziła się - Rozstaliście się tak nagle… - Dodała na usprawiedliwienie.
- I pomyślałaś, że to, dlatego, bo wskoczyłam do łóżka jakiemuś facetowi? - Dokończyła z ironią. Bolało ją to, że Susan podejrzewała ją o zdradę.
- To nie tak… - Jeszcze bardziej się spłoniła. Dlaczego teraz kłamała, przecież właśnie tak pomyślała – Przepraszam… - zapadła między nimi cisza – Carter wie?
- Susan, to teraz nie ma znaczenia.
- Nie powiedziałaś mu, że jesteś w ciąży? – Zdumiała się. Abby uciekła wzrokiem. – Powinien wiedzieć…
- Susan, jak mam mu to powiedzieć? Nie chcę przywiązywać go do siebie dzieckiem.
- John, nie jest taki.
- A jaki jest, Susan? Bo ja byłam pewna, że go znam, ale myliłam się.
Otworzyła usta, żeby powiedzieć coś, co by ją uspokoiło, pozwoliło się nie zamartwiać. Miał to być zapewne jeden z banalnych frazesów. Żadne słowo nie zdążyło wyjść z jej ust, bo do salki weszła położna.
- Dzień dobry, Abby, jak się czujesz?
- Już dobrze. Skurcze minęły.
- To świetnie. Susan, zrobiłaś USG?
- Tak, wszystko jest w porządku. – Wiedząc, że jest niepotrzebna postanowiła wrócić do innych pacjentów. – Abby, przyjdę później. Do widzenia, Janet. – Po zdawkowych uprzejmościach ze strony ordynator położnictwa i kiwnięciu ze strony Ab wyszła z sali.

- Wiesz, co Carter? Jesteście dla mnie prawie jak rodzina… Zależy mi na waszym szczęściu i nie mogę patrzeć jak oboje cierpicie. – Powiedziała po powrocie z krainy wspomnień. – Bardzo chcę wam pomóc, ale musisz zrozumieć, że tutaj nie wystarczy moje wstawiennictwo u Abby.
- Susan, muszę z nią porozmawiać… Chociaż spróbować wyjaśnić to całe bagno, wytłumaczyć się.
- Posłuchaj, Abby nie może się denerwować, zresztą sam o tym doskonale wiesz, a myślisz, że jakby się czuła, gdybym zaaranżowała wasze ‘niespodziewane’ spotkanie? Dopiero wróciłeś, emocje są zbyt świeże. Przecież przed chwilą powiedziałam, że musisz dać jej trochę czasu, żeby to wszystko sobie poukładała.

- Wiem, Susan. – Westchnął.- Ale już niedługo ma się urodzić nasza córka, a ja naprawdę chcę być przy nich. – Susan posłała mu spojrzenie, w którym współczucie walczyło ze zirytowaniem. Domyślał się jak musiał brzmieć. Jeszcze przed tygodniem z pozoru nie interesował się losem Abby, a teraz nagle chciał to wszystko odzyskać, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Był głupi i zrobił niewyobrażalne błędy, a teraz musiał je naprawić.

- Carter, naprawdę musisz zrozumieć, że teraz nie ma nic, co mogłabym zrobić!

- Teraz nie… Mogłaś do mnie napisać kilka miesięcy temu.

- Carter! – Znowu się na niego zdenerwowała. Ciężarne naprawdę zdawały się być jak trawa na wietrze, pod względem nastrojów… - Znam was już od bardzo długa i doskonale wiem, jacy potraficie być. Nie przerywaj mi. – Dodała, widząc, że otwiera usta żeby odezwać się. – Odkąd wyjechałeś do tej cholernej Afryki przyglądałam się cierpieniom Abby. Przyglądałam się jak cierpi moja przyjaciółka, którą zranił mój najlepszy przyjaciel. – Sprostowała z goryczą. – Bagno, prawda? Nic nie mogłam zrobić. Kiedy próbowałam przekonać ją, że powinna z tobą porozmawiać, nagle zamykała się w sobie. A innym razem, kiedy próbowałam utrzymać ją w przekonaniu, że decyzja, którą podjęła jest słuszna, chociaż sama tak nie uważałam, Abby mówiła, że postępuje źle. Z jednej strony miałam przyjaciółkę, której duma nie pozwalała przyjąć pomocy, a z drugiej przyjaciele, którego kocham jak brata, a doskonale wiedziałam, że postąpił jak skończony dupek. Co byś zrobił na moim miejscu? Zdradził zaufanie przyjaciółki i dołożył jej jeszcze więcej cierpień, czy zaryzykowałbyś przyjaźń z mężczyzną, którego ta cholerna dziura i ludzie przestali obchodzić? – Słuchał jej wywodu czując nie tyle zirytowanie, co smutek. Czego po niej oczekiwał? Nawet Susan nie jest świętą i nie może zrobić tego, na co liczył. Nagle poczuł się jakby opuściły go wszelkie siły. Przestał wierzyć, że wszystko dobrze się skończy. Powoli zaczynał tracić nadzieję… Z każdą chwilą coraz mocniej uświadamiał sobie, w jakim bagnie utknął. Susan coś do niego mówiła, ale on pogrążył się do reszty w ponurych myślach.

- Carter? – Wyrwała go z tego snu na jawie, widząc, że nie reaguje.

- Hmmm?

- Nieważne. – Fuknęła. To było zbyt dużo jak na jedno popołudnie. Rozmawiać z dwójką skłóconych kochanków, którzy bynajmniej nie widzieli szans na szczęśliwe zakończenie ich własnej bajki. Popatrzył na nią ze skruchą, znowu wyglądał jak mały szczeniaczek, nie wiedziała czy wie, że taką miną byłby w stanie podbić serca ogromnej części kobiet, ale nie miała zamiaru go o tym uświadamiać.

- To co teraz Susan? Mam się zamknąć w tym cholernym domu i czekać, aż Abby zechce na mnie spojrzeć? – Powiedział zrezygnowanym tonem. Wystraszyła się, nie słysząc w nim jakichkolwiek emocji. Postanowiła, że musi być nieco łagodniejsza. Pokrzepiająco dotknęła jego dłoni.

- Coś w tym stylu. – Odparła delikatnie. – Sądzę, że dobrze byłoby, gdybyś poczekał z powrotem do pracy.

- Po prostu zszedł jej z oczu. – Sprostował z ironią w głosie.

- Jeżeli bardzo chcesz możesz to tak ująć… Naprawdę mi przykro, Carter… - Dodała spoglądając na jego ponurą twarz. – Bardzo chciałabym coś zrobić, żeby pomóc wam to wszystko poskładać. Ale na razie jest za wcześnie…

- Rozumiem…

- Rozumiesz? – Zapytała niedowierzając.

- Przynajmniej próbuję zrozumieć. – Nie rozumiał, chociaż doskonale znał charakter Abby. Nie potrafił pojąć tego, że ich miłość skończyła się takim bagnem. Zaczynał godzić się z tym, że nie zawsze wszystko toczy się zgodnie z życzeniami, jakie mamy… Z tą samą ponurą miną i wyrazem pustki w czekoladowych oczach odprowadził Susan do drzwi, przyrzekając jej, ze nie zrobi nic głupiego. Cóż… już na pewno nie może zrobić głupszych rzeczy niż dotychczas…

“And now you know I can't smile without you,
I can't smile without you,
I can't laugh and I can't sing,
I'm finding it hard to do anything.
You see, I feel sad when you're sad,
I feel glad when you're glad,
If you only knew what I’m going through,
I just can't smile.”
Barry Manilow “I can’t smile without you”
~*~


Ostatnie tygodnie upłynęły wyjątkowo spokojnie. Dziwiła się, dlaczego John zrezygnował z prób rozmowy z nią, domyślała się, że Susan maczała w tym palce, cieszyło ją to, ale z drugiej strony czuła jakiś dziwny smutek na myśl, że pewnie mu nie zależało. Nawet nie chodziło o nią, głównie o ich córeczkę. Sama wciąż czuła do niego niewyobrażalny żal i żywiła urazę, chociaż nie raz zdarzało się jej złapać na tym, że tęskni za jego dotykiem, spojrzeniem, obecnością… Zawsze się wtedy niezmiernie złościła na samą siebie – przecież zrobił coś takiego, a ona jeszcze go pragnie?! Rozmyślała o tym zgłasza w nocy, bo zaczynała dręczyć ją bezsenność. Duży brzuszek i wyraźne aspiracje Phoe, żeby w przyszłości kopać jak Beckham skutecznie utrudniały jej zasypianie. Nie mogła sobie znaleźć wygodnego miejsca w łóżku, tu było za nisko, tam za wysoko, w takiej pozycji bolał ją w kark, a w tamtej krzyż. Raz było jej za gorąco, wstała żeby otworzyć okno, ale nim zdążyła dojść z powrotem do łóżka poczuła chłód. Podobnie jak fizyczne samopoczucie ciągłym zmianom ulegały jej nastroje. W kwadrans potrafiła przejść od wściekłości, poprzez głośny śmiech, aż do płaczu. Gdyby nie była w ciąży poważnie obawiałaby się o to czy nie zaczyna chorować…

W otoczeniu przyjaciół nic się nie zmieniło. Nadal znosili jej zmienne nastroje, a także drugiej przyszłej mamusi na ich oddziale, z pokorą, nie narzekając. Tradycyjnie starali się unikać tematu Cartera i nie poruszali w jej obecności niezmiernie intrygującej ich kwestii, dlaczego jeszcze nie wrócił do County, chociaż od jego powrotu minęły prawie trzy tygodnie. Wyglądało na to, że przyczyny jego decyzji zna tylko Susan i Luka, a nie chcą się z nimi podzielić z innymi, bo jak wiadomo Izba Przyjęć jest zdumiewającą wylęgarnią plotek – jeżeli do twoich uszu dobiegną jakieś zaskakujące informacje o którymkolwiek z pracowników szpitala, zazwyczaj bardzo mocno podkoloryzowane, lub wręcz całkowicie nieprawdziwe, możesz być pewien, ze mają swoje źródło właśnie tam. A jednak mimo wszystko „Gang z Izby Przyjęć” był najbardziej serdeczną grupą przyjaciół, na którą można było liczyć w potrzebie. W przypadku Abby też się nie wyłamali i mogła na nich liczyć w każdej sytuacji. Już tak jej to nie irytowało jak na początku. Doceniła to, zwłaszcza, że coraz dotkliwiej odczuwała ciążę, zarówno jej wady jak i zalety. Bardzo martwiło ja to, że nawet wkładanie skarpetek i butów zaczynało być problemem. Rozwiązanie znalazła w sklepie – kupiła prawie metrowej długości łyżkę do butów, ale ze skarpetkami wciąż męczyła się każdego poranka i wieczoru. Jeszcze więcej trosk przysparzały jej zwykłe domowe prace, pewnego późnego popołudnia, gdy na dworze panowała już ciemna woala przepaliła się jej żarówka w żyrandolu w salonie i pokój zalała praktycznie całkowita ciemność. Przez chwilę chciała się sama wdrapywać na taboret, ale po chwili jej rozsądek, w który powoli zaczynała wątpić, doszedł do głosu i postanowiła zadzwonić po Lukę, który zaoferował jej swoją pomoc w każdej minucie dnia i nocy, od momentu, w którym był świadkiem jej kłótni z pracownikami sklepu meblarskiego, których usługa dowiezienia mebli nie przewidywała ich wniesienia do mieszkania i złożenia. Wtedy nie dość, ze wniósł i złożył, to jeszcze przywiózł je do jej mieszkania wraz z opakowaniem waniliowych lodów, które tak lubiła. O ile nie mogła powiedzieć, ze mogła na niego liczyć, gdy byli razem, to teraz zwracała mu honor, mogła na niego polegać w prawie każdej sytuacji. Momentami miała wrażenie, że Luka cieszy się z tego dziecka, jakby sam był ojcem, ale wiedziała, że to było tylko złudzenia. On nie kochał jej, ona nie kochała jego, prawie trzy lata po rozpadzie ich związku stali się dla siebie niemal jak brat z siostrą, tak jak było w przypadku Susan i Cartera. Cieszyła się, że mała Phoe, będzie dorastała w otoczeniu tych ludzi. Czasem czuła się jakby zamiast tej malutkiej dziewczynki nosiła dzisiaj sobie, co najmniej bliźniaki, ale doskonale wiedziała, ze to nie prawda, równo dwa tygodnie temu, cztery dni po pamiętnym dniu powrotu Cartera, widziała ją na monitorze USG dzisiaj słyszała bicie jednego sprawnego serduszka – najpiękniejszy dźwięk dzisiaj widok, jakiego może doświadczyć mama dzisiaj ciągu tych dwustu osiemdziesięciu dni Już dzisiaj czekał ją kolejny z tych wyjątkowych dni, których zawsze oczekiwała z niecierpliwością. Oczywiście jak zawsze pozostawało to ziarenko niepokoju, czy wszystko w porządku, ale jak na razie ciąża przebiegała wręcz podręcznikowo, z wyjątkiem tego jednego przykrego incydentu na samym początku, więc obawy były nieco mniejsze. Nic nie wskazywało na to, że z małą Phoe może być coś nie w porządku.

Znajdowała się w przytulnej sali na położnictwie, która pełniła rolę poczekalni. Przy ścianie barwy błękitnej stało wysokie zabudowane biurko z jasnego drewna, a na nim mnóstwo stojaków z ulotkami z różnymi informacjami o ciąży. Na jednym z krańców blatu była doniczka w ciepłym morelowym odcieniu ze zwisającym bujnie rozrośniętym kwiatem. Na podłodze zamiast wykładziny PCV położono dywan. Chcąc wprowadzić przyszłych rodziców w bardziej dziecięcy nastrój była pastelowo zielona z balonikami w prawie każdym kolorze tęczy. Na ścianie przyklejono pasek tapety przebiegający wzdłuż całego pomieszczenia, na którym znajdowały się smacznie śpiące puchate miśki. Przy drzwiach gabinetu Coburn postawiono podłużny stolik, który także zdobiły różne ulotki, gazetki, oferty, a po drugiej stronie wejścia kilka plastikowych krzeseł w kolorze letniego nieba. Po środku w dwóch odwróconych do siebie tyłem rzędach ustawiono po cztery wygodne fotele, także obite w tapicerkę pod kolor krzeseł. Dokładnie naprzeciwko wejścia do doktor Coburn, znajdowały się drzwi do gabinetu McLucas, podobnie jak po drugiej stronie obstawione krzesłami i stolikiem, a na ścianie, która je łączyła znajdowało się duże okno wychodzące od frontu. Z karnisza zwisały lekkie firanki i zasłonki w słoniki. Pod oknem znajdowała się ciemnoniebieska kanapa, przed którą stał taki sam stolik, jak dwa pozostałe. W rogu znajdował się dozownik wody mineralnej, z odwróconą do góry nogami butlą, a z boku wystawał podajnik z plastikowymi jednorazowymi kubeczkami. Wszędzie było pełno reprodukcji artystycznych fotografii Anne Geddes. Siedziała na fotelu, tuż przed pokojem należącym do swojej lekarki i zastanawiała się jak to jest, że jeszcze szczerze nie znienawidziła tego miejsca. Była otoczona szczęśliwymi parami, ojcami, którzy po wyjściu z gabinetu dumnie dzierżyli w dłoniach zdjęcia swoich pierworodnych, jakby chcieli wszem i wobec oznajmić: „Patrzcie, ja TO zrobiłem! Jestem stuprocentowym facetem!”… Oprócz niej tylko trzy kobiety były same, ale Abby pamiętała je z poprzednich wizyt, po prostu tym razem przyszły same. Jak bardzo chciała, żeby ktoś cieszył się razem z nią, tak jak ci wszyscy ojcowie dookoła. Sama przed sobą próbowała ukryć to, że mimo tych pokładów żalu, całym sercem pragnie, żeby to właśnie John siedział z nią w tej teoretycznie nastrajającej optymistycznie poczekalni. Jej rozmyślania przerwał wzrastający odgłos rozmowy, przerwanej krótkim wybuchem cichego, pełnego szczęścia perlistego kobiecego śmiechu, który jednocześnie miał w sobie coś dystyngowanego. Dosłownie dwie sekundy później w poczekalni rozległ się odgłos otwieranych drzwi, przebijający przez kaskadę innych dźwięków. Z gabinetu Coburn wyszli kolejni przyszli rodzice, a wkrótce sympatyczna recepcjonistka powiedziała swoim ciepłym głosem, że może już wejść. Z trudem wstała z niskiego fotela, w którym zapadła się i rzucając ostatnie, smutne spojrzenie na pozostałych oczekujących skierowała swoje kroki w stronę drzwi oznaczonych błękitną plakietką z napisem „Dr. Janet Coburn – ginekolog-położnik”, przyozdobioną lecącym bocianem z tobołkiem w dziobie, którym był rumiany malec.
- Dzień dobry, Abby, miło cię znowu widzieć. – gdy weszła do gabinetu od razu usłyszała szczere serdeczne przywitanie ze strony swojej byłej szefowej. Kobieta siedziała za biurkiem, a na jej twarzy gościł szeroki uśmiech.
- Cześć, Janet. – odpowiedziała i także pogodnie uniosła kąciki warg do góry. Janet obserwowała z ciepłym blaskiem w oczach, który nie znikał podczas pracy, jak Abby zamyka drzwi i ciężkim krokiem zmierza w stronę obitego krzesła przed biurkiem lekarki.

O ile poczekalnia wraz z jej wystrojem, atmosferą, a nawet zapachem, którym była jakaś ulotna kwiatowa woń w żaden sposób nie przypominała szpitala, to tutaj Abby od razu poczuła gdzie się znajdują. Wnętrze było sterylnie czyste, już zniknął dywan, a pogodne pokrycie ścian zostało zastąpione zwykłą biała farbą, a wewnątrz unosił się aromat środków odkażających, innych zapewne odrzucał, ale ona naprawdę go lubiła. Gabinet zyskiwał na przytulności dzięki osobistym akcentom Janet: kilkoma fotografiami rodzinnymi, oprawionymi dyplomami i podobnie jak w pomieszczeniu obok pracami Anne Geddes. Niewątpliwie bardzo dużo dawała osoba samej lekarki, która emanowała jakimś wewnętrznym ciepłem i miłością. Abby doskonale wiedziała jak ta kobieta kocha swoją pracę, dzieciątka i matki, które były pod jej opieką, te wszystkie rodziny, którym pomagała przejść przez te najpiękniejsze, najważniejsze i najtrudniejsze chwile w życiu. Kiedy szła na studia chciała być lekarką o takim zapale i miłości do swojego zajęcia, zrozumieniu dla pacjentów jak ona. Żeby zwiększyć komfort pacjentów, fotel ginekologiczny stał ukryty za białym parawanem, a obok znajdowała się umywalka. W drugim kącie pokoju stało łóżko, obok którego znajdował się ultrasonograf z krzesełkiem dla operatora. Przytłumione światło wpadało przez mniejsze, przysłonione roletami okno.

- Jak się dzisiaj czujesz? Zgaga przeszła? – zaczęły od formalności.
- Tak, ale za to nie mogę zmrużyć oka, a miałam nadzieję, ze wyśpię się za następne lata… - obie roześmiały się. Janet znała sytuację Abby po części od niej samej, po części od słynnych plotek rodem z Izby Przyjęć i szczerze ją podziwiała, że pomimo tylu przeciwności trzymała się tak dzielnie. Pamiętała jak nawet rozpadało się jej małżeństwo pracowała tak samo dobrze, nie dając po sobie jakichkolwiek oznak, że coś jest nie w porządku.
- Jakieś inne niepokojące, dziwne objawy?
- Wszystko w porządku.
- To świetnie, wzięłaś ze sobą wyniki badania krwi i moczu? – ułatwieniem było to, że nie wykonywano ich w dniu wizyty, ale dzień wcześniej, dzięki czemu nie musiała czekać na wyniki po wizycie.
- Tak, - wyjęła je z torebki. – wszystko w porządku. – podała je lekarce, która przejrzała je pobieżnie i z zadowoleniem przyznała jej rację.
- Wygląda doskonale, wspaniale się trzymasz.
- Dzięki, chociaż mogłoby być lepiej…
- Abby, wierz mi. – Janet nie powiedziała do końca, co ma na myśli, ale Ab wiedziała, o co chodzi. W odpowiedzi posłała jej spojrzenie z serii: „A mam jakieś inne wyjście?”. – Okej, - dodała położna. – teraz sprawdzimy wasze ciśnienie i jak urośliście odkąd widziałam was po raz ostatni. – powiedziała sympatycznym tonem i wzięły się za wykonywanie rutynowych badań: mierzenia dna macicy, ciśnienia tętniczego, wagi, obwodu brzucha i zanalizowały prowadzony przez Abby wykres ruchów małej. Lekarka zaleciła jego prowadzenie ze względu na ten dość nieprzyjemny epizod na początku ciąży, kiedy Abby dostała silnych skurczów, chociaż wszystko wyglądało w porządku istniał niewielki procent ryzyka, że później może coś być nie tak. Po tym przyszedł czas na badanie ginekologiczne, które także nie wykazało niepokojących zmian. Po tych niekoniecznie przyjemnych częściach kontroli lekarskiej przyszedł czas na to, na jej ulubioną część badania: USG i KTG.

Położyła się na leżance, podciągając wysoko bluzkę, a Janet podłączyła ją do monitora. Coraz bardziej niecierpliwiła się momentu, w którym usłyszy ten głośny, rytmiczny, jakby zakłócony dźwięk. Dźwięk bicia serca Phoe, najpiękniejszy, jaki znała. Przymknęła oczy wsłuchując się w miarowe odgłosy: pik, pik, pik, pik… dobiegające z głośniczków w równych odstępach czasu. Mimowolnie uśmiechała się, nie mogła zrozumieć jak kobieta po przeżyciu takich wspaniałych dziewięciu miesięcy może się zdecydować na oddanie swojego maleństwa. Cóż… i ona to mówi – kobieta, która przed kilkoma laty postanowiła usunąć dziecko. Starała się nie myśleć o tym zbyt często, bo zawsze wprowadzało ją to w okropny nastrój, pełen wyrzutów sumienia i rozmyślań nad tym, jakie byłoby jej pierwsze dziecko. Wtedy była inną kobietą, to wszystko, co wydarzyło się przez ten czas zmieniło ją w niewyobrażalny sposób. Odsunęła wspomnienia na dalszy plan i wsłuchiwała się w uspokajające tony. Janet spojrzała na jej twarz chcąc powiedzieć, że mała ma prawidłowe tętno, ale stwierdziła, że nie będzie jej przerywać. Wyglądała na tak spokojną i szczęśliwą: na jej twarzy widniał ciepły, radosny uśmiech pełen jakiejś tajemniczej niezrozumiałej siły i tajemniczości. Ta tajemniczość przywodziła jej na myśl uśmiech słynnej Mona Lizy, która rzekomo poznała tajemnicę człowieczeństwa. Jeżeli Abby miała poznać jakąkolwiek tajemnicę, to na pewno było to zrozumienie cudu macierzyństwa. Przez tyle lat obserwowała ją pracującą przy noworodkach i ich matkach, ale dopiero, gdy sama go doświadczyła, to udało jej się go w pełni zrozumieć i pojąć, o ile ta niby naturalna rzecz dawała się objąć rozumem. Nieco przedłużyła badanie, zazwyczaj trwało dziesięć minut, ale specjalnie dla niej wydłużyła je do piętnastu. Sama doskonale wiedziała jak wyjątkowe są te chwile dla każdej mamy.

- Okej, nasze małe serduszko wali jak dzwon. Teraz urządzimy sobie małe podglądanie. – zdjęła elastyczny pasek z brzucha Abby i wyjęła ze stojaka przy USG i KTG żel, który nałożyła na jej brzuch. Włączyła maszynę i wzięła do lewej dłoni głowicę, którą zaczęła jeździć po jej rozciągniętej skórze. Ciężarna przygryzła wargi ze zniecierpliwieniem i wpatrywała się w monitor, na którym na razie było widać jedynie jej narządy wewnętrzne. Coburn pojeździła urządzeniem, próbując zlokalizować bezpieczny azyl Phoe pod sercem. Nie szukała długo i po krótkich chwili zaczęły się wyłaniać malutkie kształty dziewczynki w kolorze sepii. Maleńka stópka z pięcioma paluszkami z drobniutkimi paznokietkami, a zaraz potem druga, dalej ugięte kolanka, którymi powolnie przepierała. Jej korpus był dużo większy niż od chwili, kiedy ostatnio ją widziała. Zadziwiające – jest z nią dwadzieścia cztery godziny na dobę, ciągle uświadamiana o jej bytności w tamtym malutkim schronieniu za pomocą delikatnych (cóż, zdarzały się także takie mocne, że miała wrażenie, że mała przebije ją na wylot) kopnięć, a nawet nie potrafiła sobie wyobrazić jak wygląda. Większość tułowia była niewidoczna za nóżkami i rączkami. Jedna piąstka była skierowana w stronę dużej główki, bo Phoe ssała kciuk. Druga, też ugięta, prawie przylegała do główki, bo z cieplutkim domku robiło się coraz ciaśniej.
- Jest piękna… - wyszeptała ze wzruszeniem.
- Yhm, widzisz jak się rusza? – odpowiedziała lekarka. Wolna piąstka Phoe wyglądała tak, jakby próbowała dotknąć końcówki. Abby spojrzała uważniej na monitor i przez chwilę myślała, że to złudzenie, ale przez dłuższą chwilę za każdym razem, kiedy głowica przesuwała się w którąś stronę jej rączką ruszała za nią. Zaśmiała się z radości, jaką ma mądrą córkę! Jeszcze nie przyszła na świat, a Abby już była z niej dumna, chociaż czasem potrafiła się a nią troszkę zirytować, zwłaszcza, że mała miała zadziwiający zwyczaj zasypiać wtedy, kiedy ona nie spała, a budzić się dokładnie w momencie, w którym próbowała zasnąć, autorytatywnie obwieszczając, kto rządzi w jej macicy…
- Ile ma?
- Hmmm… - zaczęła mierzyć ciałko wyłaniające się na obrazie 3D. – Trzydzieści dziewięć centymetrów, waży około tysiąca pięciuset gramów. Gratuluję masz piękną, zdrową córeczkę. Widzisz jak próbuje ssać kciuk? Ćwiczy przed wielkim egzaminem.
- Pewnie słyszysz to od każdej matki, która tutaj leży, ale Phoe jest idealna.
- Masz rację, zawsze to słyszę, ale to prawda… Każde dziecko jest wspaniałe, bo jest inne, wyjątkowe w swoim rodzaju. Owoc miłości… Przepraszam, nie chciałam. – szybko dodała widząc niewielką konsternację na twarzy Abby.
- W porządku… - zapewniła ją, ale uśmiech na jej twarzy zbladł. Jakby nie patrzeć Phoe, była owocem miłości, czyż nie? Tylko na nieszczęście, miłości, która nie przetrwała prób…

Phoebe znudziła się już zabawą z końcówką ultrasonografu i zaczęła fikać koziołki. Teraz Abby mogła to nie tylko poczuć, ale też zobaczyć, jak ciałko jej córeczki w zwinnym ruchu przekręca się o sto osiemdziesiąt stopni, wymachując przy tym rączkami i nóżkami. Bycie „na wizji” musiało się jej znudzić, bo odwróciła się do nich pleckami i zapadła w drzemkę.
- Oho, wygląda na to, że nasza malutka pacjentka już się znudziła i poszła odpocząć. No nic, zrobimy kilka zdjęć mamusi, żeby miała się czym pochwalić i nie będziemy cię więcej męczyć.
- Dziękuję. – będzie miała kolejne zdjęcie do kolekcji! Starła papierowym ręcznikiem żel z ciała i powoli podniosła się. Coburn wydrukowała kilka fotografii i obie przeszły z powrotem w stronę biurka i zajęły miejsca po jego przeciwnych stronach.
- Wszystko przebiega bez zarzutów, twoja córka rozwija się doskonale, ciąża też przebiega bardzo dobrze, oczywiście wiem, że niektóre dolegliwości mogą być uciążliwe, ale już taki los kobiet… A jak się czujesz, wiesz, co mam na myśli, prawda? Ostatnim razem nie wyglądałaś najlepiej… - jej twarz nie wyrażała nic innego poza troską, Ab uśmiechnęła się smutno.
- W porządku… - nie zabrzmiała przekonywująco i kobieta posłała jej pełne powątpienia spojrzenie. – Mogłoby być lepiej, ale zdążyłam się przyzwyczaić, że nic nie jest idealne.
- Przykro mi, Abby. – odpowiedziała, bo cóż innego mogła powiedzieć w tej sytuacji? Nie były dobrymi przyjaciółkami. – A jak się czujesz w związku ze zbliżającym się terminem? Boisz się czegoś, chciałabyś o coś zapytać?
- Już się nie mogę doczekać. – powiedziała z przekonaniem. Czasami nie marzyła o niczym innym, jak o zostawieniu swojego wielkiego brzucha na krótką chwilę. – Na razie nie mam żadnych wątpliwości, chociaż wciąż zastanawiam się nad znieczuleniem.
- No tak, czasem zapominam o tym, że sama jesteś lekarzem. – zaśmiała się. – Osobiście doradzam ci lędźwiowe, nie ma żadnych przeciwwskazań, przynajmniej jak na razie…
- Odpukać.
- Dokładnie. – uśmiechnęły się do siebie. – Zawsze możesz się zdecydować w ostatniej chwili, podczas porodu. Mogę cię umówić z anestezjologiem, żeby dokładniej wyjaśnił ci tę kwestię. Jeżeli chcesz, to przy wyjściu powiedz Jane, a ona was umówi.
- Okej. – przez jej twarz przemknął cień strachu, już nie mogła się doczekać, kiedy wróci do swoich dawnych rozmiarów, ale z drugiej strony potwornie bała się tej chwili. Janet zauważyła jej chwilowe przerażenie, bo sięgnęła po jej dłoń i uścisnęła ją po przyjacielsku.
- Nie bój się, to naprawdę nie jest takie straszne jak wygląda.
- Mam nadzieje… I mam jeszcze jedno pytanie, mogę jeszcze pracować?
- Jeżeli tego chcesz, nie masz dość, to oczywiście, ze możesz. Z mojej strony nie ma żadnych przeciwwskazań, ale pamiętaj, żebyś nie przemęczała się zbytnio, nie dźwigała, jak najczęściej leżała, ewentualnie siedziała i pracowała maksimum pięć godzin.
- Nie ma sprawy. Dziękuję za wszystko, do zobaczenia za dwa tygodnie. – schowała do torebki schowane w szarą torebkę fotografie i wstała. – Do widzenia, Janet.
- Do zobaczenia.
Ruszyła ciężkim krokiem w stronę drzwi. Miała nieodparte wrażenie, że porusza się jak kaczka, ciągnąc całe swoje ciało za brzuchem. Ale teraz za nic w świecie nie chciałaby zmienić swojego stanu, położyła dłoń na córeczce i pogłaskała ją na dobranoc. Właśnie w tym momencie była najszczęśliwszą kobietą pod słońcem.

~*~


Post został pochwalony 0 razy
 
Zobacz profil autora
Avonelee
Lekarz



Dołączył: 06 Paź 2006
Posty: 1574
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/5

 PostWysłany: Czw 22:11, 23 Lis 2006    Temat postu: Back to top

ŚŚŚŚŚŚWWWWWWWWWWWIIIIIIIIIIIEEEEETTTTTTTTTTTTTTTTNNNNNNNNNEEEEEEEEE
Very HappyVery Happy lubie takie długie fan fici


Post został pochwalony 0 razy
 
Zobacz profil autora
Abby Carter
Stażysta



Dołączył: 28 Wrz 2005
Posty: 1272
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5

 PostWysłany: Czw 22:17, 23 Lis 2006    Temat postu: Back to top

Niestety już się kończy (to co mam, resztę trzeba napisać...).

~*~


- Kochaneczko, powinnaś jeszcze pracować? W twoim stanie… - Abby zajmowała się wyjątkowo upierdliwą staruszką z zapaleniem stawów. Odkąd kobieta zobaczyła, że jej lekarka jest przy nadziei nie mogła przestać zadręczać jej pytaniami: o płeć, o to czy mąż się cieszy, czy zdjęła obrączkę, bo opuchły jej ręce, jak nazwie dziecko, kiedy ma termin porodu, czy to jej pierwsza pociecha… Za każdym razem wykręcała się od odpowiedzi, ale właśnie poczuła, że ma dość i jeszcze minuta w jej towarzystwie, a eksploduje. Lily posłała jej badawcze spojrzenie, nie będąc pewna czego może się spodziewać po koleżance.
- Lily, założysz kroplówkę, dobrze? Pani Chagall, – była pewna, że to nazwisko nie jest je obce, ale nie chciała w to wnikać. – przepraszam na chwilę. – nie czekając na jej reakcję ruszyła swoim kaczkowatym krokiem w stronę wyjścia z sali i opuściła pomieszczenie z głośnym westchnięciem ulgi.

Postanowiła zrobić sobie krótką przerwę, której zdecydowanie potrzebowała. Mała była dzisiaj wyjątkowo aktywna, ale właśnie postanowiła udać się na drzemkę. Abby poszłaby chętnie w jej ślady, ale wiedziała, że nie powinna, zamiast tego poleży troszkę na wolnym łóżku, zje czekoladowego batonika, którego trzymała w szafce od rana i ostatkiem sił powstrzymywała się, żeby nie zjeść go wcześniej. Ale zanim uda się do jakiegoś pustego, cichego pokoju musi znaleźć Susan i powiedzieć jej, że nie będzie się dłużej zajmować Chagall. Niech ona ją weźmie, albo ktokolwiek, byle już nie musiała widzieć i słuchać tej kobiety. Szczęście dzisiejszego dnia najwyraźniej jej dopisywało, bo ledwo zdążyła wyjść z Sali, a już w wyjątkowym tłoku udało jej się dojrzeć blondynkę.
- Susan! – zawołała głośno, ale i tak jej głos ledwo przebił się przez ogólny szum. Mimo to lekarka usłyszała zawołanie i odwróciła się, żeby zobaczyć, kto jej potrzebuje. Widząc, że to Abby ruszyła żwawym krokiem w jej stronę.
- W porządku?
- Tak, wyłączając wścibską babę z trójki, zamienisz się ze mną? – zapytała z nadzieją. Susan popatrzyła na nią badawczo i po chwili kiwnęła głową.
- Dzięki! Jesteś kochana.
- Powinnam się przygotować? – na jej twarz wpłynęło ziarenko niepokoju, na co się porwała.
- Jeżeli na wejściu nie powiesz, ze jesteś w ciąży, to powinno być, okej.
- Nie martw się, nie mam zamiaru na razie ogłaszać tego wszem i wobec. Jeszcze troszkę poczekajmy. Idziesz na przerwę?
- Tak, ta kobieta mnie wykończyła. Idziesz ze mną? Mam czekoladowego batonika.
- Mmmhhhhmmm. – mruknęła z rozkoszą. – Kuszące, ale jest za dużo pacjentów…
- Wprawiasz mnie w wyrzuty sumienia, ale nie martw się, w ciąży jestem jeszcze większą egoistką, więc długo nie będą trwały. I będzie dla mnie więcej batonika. – zauważyła z radością, a Susan roześmiała się.
- Okej, miłej sjesty. Ja niestety muszę wracać do pracy.

Abby poszła w stronę świetlicy mając dosyć panującej wewnątrz duchoty, ciągłych pokasływań i szlochów. Poczuła się dużo lepiej, kiedy weszła do pustej i cichej świetlicy, w której unosił się kuszący zapach kawy. Jak dawno jej nie piła! Chyba od jednego kubeczka nic się nie stanie, prawda? Trzy czwarte czerwonego kubka wypełniła parującym płynem, dosypała dwie łyżeczki cukru i resztę uzupełniła śmietanką. Tak przygotowany napój postawiła na stoliku przy kanapie i poczłapała do szafki. Wpisała tylko sobie znany kod i otworzyła ją, a z wnętrza wyjęła długi batonik czekoladowy z orzeszkami ziemnymi i karmelem. Pomyślała z żalem, że mogła kupić ich więcej… Zamknęła ją i z batonem poszła na kanapę. Usiadła na niej, czując jak Phoe gniecie jej wnętrzności. Pociągnęła z kubka długi łyk kawy, delektując się jej smakiem. Rozpakowała batona, czując jak ślinka napływa jej do ust. Z pierwszym kęsem zniknęła w jej ustach prawie połowa, rozpływając się na języku. Teraz nie potrzebowała do szczęścia niczego więcej, no może jeszcze jednego batona. Popiła go kawą i uśmiechnęła się błogo. Wciąż czuła nacisk na swoje narządy wewnętrzne i pomyślała sobie, że skoro ona dostarcza Phoe takich smakołyków, to ona mogłaby na chwilę przystopować… Wiedząc, że poczuje się nieco bardziej komfortowo, gdy się położy wyciągnęła swoje ciało na kanapie. Nie chciało się jej szukać pustej sali, a tym bardziej do niej iść. Tutaj było tak wygodnie i cicho. Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła pomału odpływać.

Ktoś znowu urządzał dzikie harce w jej brzuchu. Leniwie przeciągnęła się i zauważyła, że jest kompletnie ciemno. No tak, to pewnie, dlatego że ma zamknięte oczy. Rozchyliła powieki, pozwalając przyzwyczaić się oczom do łagodnych promieni świetlnych. Musiała troszkę przysnąć. Zauważyła, że ktoś przykrył ją kocem, jak to miło z jego strony, przemknęło jej przez myśl. Odpoczęła wystarczająco i nadszedł najwyższy czas powrotu do pracy. Odkryła się i spróbowała usiąść, ale udało jej się to dopiero za trzecim razem. Pogładziła brzuszek.
- Hej, kochanie, wyspałaś się? Twoja mamusia tak, teraz pójdziemy troszkę się pobawić. – powiedziała do niego. Dobrze, że nikt nie wszedł, bo zapewne zostałaby wzięta za osobę niespełna rozumu. Mówić do własnego brzucha! Też coś… Wstała, przeciągnęła się wypinając brzuszek jeszcze dalej przed siebie i niezgrabnym krokiem ruszyła w stronę drzwi. Nie zdążyła do nich dojść, kiedy do jej uszu dobiegł hałas zza nich. Pokręciła głową, całkowicie odechciało się wracać do pracy. Otworzyła je i ogarnęła wzrokiem panujący w izbie przyjęć zgiełk. Chłopczyk z wysypką. Płaczące niemowlę z mamą, już niedługo ją będą czekały takie chwile… Starsza kobieta wołająca Steve’a, czarny nastolatek trzymający się za ramię, z którego ściekała krew. Wśród tych i wielu, wielu innych pacjentów jak w ukropie krzątali się lekarze i pielęgniarki. Od dawna nie było tak pracowitego dnia. Skierowała kroki w stronę rejestracji, żeby wziąć dla siebie mniej kłopotliwe przypadki. Gdy znalazła się w miejscu przeznaczenia zauważyła, że Chunny, Luka, Susan, Neela i Randi przyglądają się jej z niepokojem przemieszanym z niepewnością i smutkiem.
- Hej, co się dzieje? Wiem, że jestem ogromna, ale nie musicie tak na mnie patrzeć… - zażartowała, ale nikt z nich się nie uśmiechnął. Ich nastrój wywołał w niej uczucie niepokoju. Dopiero teraz zauważyła, że z boku stoi dwóch mężczyzn w porządnych, aczkolwiek niewyszukanych garniturach i oni także patrzą na Abby, ale ich twarze nie wyrażają żadnych emocji. – Co się stało? – jako pierwsza ocknęła się Susan. Podeszła do niej i położyła jej uspakajająco rękę na plecach.
- Abby, jest tutaj dwóch panów z policji. Chcieli z tobą porozmawiać…



„Śpieszmy się kochać ludzi. Tak szybko odchodzą.”

Policja??? Chcieli rozmawiać z nią?
Cały świat zawirował dookoła niej, a ona nie mogła nic na to poradzić. Policja… Coś musiało się stać, ale co? Zbladła ze strachu. Mężczyźni, czując, że teraz jest czas na ich wejście zbliżyli się w jej stronę. Jeden był młody, jego postawa nosiła na sobie znamiona arogancji i pewności siebie. Zapewne był z tych, którzy dążą do celu po trupach, nie zważając na nic, ani na nikogo/ Natomiast drugi był sporo starszy. Nie miał w sobie tego, co jego partner, ale mimo wszystko większy respekt czuło się wobec niego, i roztaczał wokół siebie aurę szacunku. Na jego twarzy gościł serdeczny, aczkolwiek trochę smutny uśmiech i w jego oczach na krótką chwilę zalśniło współczucie. Młodszy z funkcjonariuszy przedstawił się jej jago Bobby Sindler, a starszy jako Henry Brown. Zapytali czy pokazać jej swoje odznaki, ale grzecznie odmówiła. Nie miała ochoty ich oglądać. Wystarczyło, że w głowie wciąż dudniły jej słowa Susan: „Chcieli z tobą porozmawiać”. Spojrzała na nich z napięciem i zapytała, o co chodzi.
- Pani panieńskie nazwisko to Wazinsky? – zapytał Bobby wyniosłym tonem. Gdyby Abby nie była tak zdenerwowana zauważyłaby, że Henry zgromił go wzrokiem. Niepewnie pokiwała głową. Brown dotknął delikatnie jej ramienia, w pełni zdając sobie sprawę z wagi jej stanu.
- Chcieliśmy z panią porozmawiać. – przejął pałeczkę przemawiając spokojnym tonem, wzbudzającym zaufanie. Mięśnie szczęki Sindlera napięły się, ale nic nie powiedział.
- W jakiej sprawie? – zapytała bojąc się odpowiedzi, jaką mogłaby usłyszeć.
- Chodzi…
- Może usiądziemy. – zaproponował wchodząc w słowo młodszemu koledze. – Jest tu jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy spokojnie porozmawiać?
- Tak, świetlica. – powiedziała Susan. – Dopilnuję, żeby nikt nie przeszkadzał. Gdyby coś było nie w porządku, proszę mnie zawołać, dobrze? – mówiąc to spoglądała na bladą jak ściana Abby, dając mężczyźnie znaki, które po chwili niezrozumienia pojął.
- Tak, oczywiście.
- To gdzie ta świetlica? – zapytał ordynarnie Sindler, a Brown zganił go wzrokiem. Jego niesympatyczny głos wyrwał Abby ze stan odrętwienia i na króciutką chwilę zatarł wyraz przerażenia w jej oczach. Odwróciła się, odprowadzana bacznymi spojrzeniami przyjaciół poszła w stronę miejsca, które niedawno opuściła. Inspektor Brown dał swojemu młodszemu koledze znak i obaj ruszyli za nią.

Co się mogło wydarzyć? Eric znowu coś zmalował? Maggie? Nie mogła powstrzymać walącego jak młot serca. Niepokój mamusi udzielił się też Phoe, bo nerwowo wierzgała, nie mogąc sobie znaleźć wygodnego miejsca. Chciała wierzyć, ze to coś małoznaczącego, ale kobieca intuicja podpowiadała jej, że prawda jest wręcz przeciwna. Czuła jak serce podeszło jej do gardła, a w nim uformowała się duża gula strachu, którą ledwo przełknęła. Tym razem wyjątkowo głośne odgłosy nie docierały do jej mózgu, zacierając się pod wpływem natężonych myśli i emocji w niej buzujących. Cholera! Przecież nie powinna się denerwować! Powinna być szczęśliwa, żeby jej córka też taka była. Dlaczego musiała mieć problemy w najmniej odpowiednich momentach? Drżącą ręką otworzyła drzwi do sali, które jak przystało na dżentelmena, przytrzymał Brown, przepuszając ją.

Kiedy całą trójka znalazła się wewnątrz, w pokoju, który wcześniej miała za azyl, a teraz był dla niej jak więzienie bez wyjścia zadała pytanie, które tak ją nurtowało:
- O co chodzi?
- O…
- Może pani usiądzie, doktor Lockhart. – przerwał mu łagodnym tonem; szczęki Sindlera zacisnęły się jeszcze mocniej, a w oczach błysnęła stalowa iskra. Ostatkiem sił powstrzymywał się od pokazania swojemu partnerowi, co o nim myśli. Jeszcze nikt tak go nie poniżył przy interesancie. Co z tego, że teraz była nim jakaś ciężarna babka, na dodatek nie najgorsza dupa, wyłączając bagaż z przodu, a nie złodziejaszek albo morderca? Był górą i tylko to się liczyło. Po co ma udawać, że jej współczuje, skoro tak nie było?

Abby popatrzyła się na Browna który wzbudził jej sympatię, w jej spojrzeniu dojrzał strach Już kiedyś widział podobne spojrzenie…. Przemknęło jej przez myśl, że to na pewno coś poważnego, skoro każe jej usiąść. Wiedziała, co nieco na temat obwieszczania złych nowin.. teraz pozostało tylko jedno pytanie: kto. Z niemym pytaniem w oczach opadła na kanapę. Młodszy z policjantów, na którego nie zwracała do tej pory większej uwagi uniósł brodę z wyrazem wyższości. Chyba nie śmie mieć wątpliwości, kto tutaj jest górą? Brown zauważył postawę partnera i wziął go na bok, żeby zamienić z nim słówko.
- Sindler, przystopuj, jasne? – powiedział zdecydowanym szeptem. Chociaż jego głos był wyzbyty z arogancji, nie było wątpliwości, kto gra pierwsze skrzypce w tym duecie.
- Co takiego? – odparł, jakby nie był pewny tego, co usłyszał. Każe mu wyluzować, też coś. Ten zgrzybiały staruszek nawet nie potrafi normalnie mówić!
- Wyraziłem się dość jasno. Chyba, ze wolisz poczekać za drzwiami. – jego ton nie przyjmował sprzeciwu. Sindler przełknął gorzką porażkę i spojrzał na niego z jawną wrogością.

Obaj podeszli w stronę, Abby, która ich uważnie obserwowała, zastanawiając się, czy ich wymiana zdań ma coś z nią wspólnego. Ta niepewność ją zabijała! Wolała usłyszeć najgorszą prawdę, niż czekać następnych kilka minut. Brown, wręcz przeciwnie niż Sindler, nie chciał budzić w niej wrażenia wyższości, dlatego usiadł obok niej na kanapie. Jednak Sindler pozostał na swoim miejscu.
- Doktor Lockhart, - starszy mężczyzna zaczął delikatnym tonem i głośno westchnął, na chwilę przerywając żeby znaleźć odpowiednie słowa. W jaki sposób ma jej to powiedzieć? Do cholery, nie uczyli go czegoś takiego, a przez ubiegłe lata nie miał doczynienia z takimi przypadkami. Na akademii policyjnej mówili im jak się obchodzić z najgorszymi łobuzami, ale nie pokazywali co należy zrobić w takiej sytuacji. Zastanawiał asie, co zrobiłaby jego świętej pamięci żona, gdyby znajdowała się na jego miejscu. Zmierzył młodą lekarkę ukradkowym spojrzeniem i odniósł dziwne wrażenie, że niepewność gorzej na nią działa. Zdecydowanie zmiękł na stare lata… Do cholery, musi to wykrztusić! – chodzi o pańską matkę…
- Tak? – zapytała głucho. Wreszcie zrobiła to, co tyle razy udaremniła jej córka?
- Bardzo mi przykro… - odpowiedział ze spuszczoną głową. Było mu niezwykle żal tej młodej kobiety. Nie wiedział, dlaczego, ale bardzo dobrze przypominała mu o osobie, którą tak bardzo chciał zapomnieć. Uniósł brodę, chcąc zobaczyć jej reakcję. Nie rozpłakała się. Kąciki jej ust drżały, brwi były zmarszczone, a oczy pełne smutku, bólu i łez. Wyglądała jakby jej świat w jednej chwili rozsypał się na kawałeczki. Nie wiedział co powiedzieć, więc milczał. Niemal czuł, emanujące od tego gnojka Sindler zniecierpliwienie. Cholerny karierowicz! Siedzieli tak przez dłuższą chwilę, aż zaczął się zastanawiać, czy nie pójść po tamtą lekarkę, ale nim się ruszył Lockhart odezwała się:
- Jak? Zabiła się? – po jej głosie poznał, że tylko za wszelką cenę próbuje zachować spokój, nie rozkleić się przy nich, a wewnątrz jest pełna skrajnych emocji. Również z jego brzmienia wywnioskował, że nie miała z matką najlepszych stosunków, ale bardzo ją kochała. Małe zawodowe zboczenie, jeszcze z kryminalnego. Przydatna umiejętność czytania z zachowania ludzi.
- Nie… - odparł łagodnym tonem. – Potrącił ją bus pod dworcem autobusowym w Chicago. W jej rzeczach znaleziono pani numer… - zaniepokoił się jej miną. Zbladła jeszcze bardziej słysząc jego słowa. Mówił do niej, ale zdawała się nie słyszeć. Stwierdził, że najwyższa pora zwrócić się w stronę tamtej lekarki. Gestem kazał zostać z nią Sindlerowi i wyszedł z salki, a połowie drogi zastanawiając się czy aby na pewno zrobił zostawiając ją z nim. Mógł przecież go wysłać… Na szczęście nie musiał długo szukać. Grupka pracowników szpitala stała przy recepcji tak samo, jak w momencie, gdy ich zostawili. Zdawali się być bardzo zaniepokojeni.
- Pani doktor… - zwrócił się do blondynki, nie widząc podpisu na jej fartuchu.
- Lewis. Co z nią?
- Doktor Lewis, myślę, ze ktoś powinien zadzwonić po jej męża, i posiedzieć z nią do jego przyjazdu… - nie zdawał sobie sprawy z tego, jaką gafę właśnie popełnił.
- Dobrze. – kątem oka zauważył, że kobieta i mężczyzna, na pewno obcokrajowcy odchodzą od nich bez słowa i idą w stronę świetlicy. - Co się stało? – popatrzył na nią z wątpliwościami.
- Nie wiem czy powinienem.
- Powinien pan. – zapewniła go. Coś w jej postawie utwierdziło go w przekonaniu, że kobieta ma jak najbardziej szczere intencje.
- Margaret Wazinsky zginęła w wypadku samochodowym dzisiejszej nocy…
- O Boże… - zbladła. Czy los nie oszczędzi Abby chociaż na trochę? Nie czekając na jakąkolwiek reakcję z jej strony poszła w stronę, z której przyszedł. Sądząc, że nie powinien tam wracać dał swoją wizytówkę recepcjonistce, mówiąc, że w razie jakichkolwiek wątpliwości znajdą go pod tym numerem telefonu i kiedy Sindler do niego dołączył opuścili szpital. Abigail Lockhart była tylko jedną z wielu osób, z którymi zetknął się w ciągu swojej blisko dwudziestopięcioletniej służby. Jednak coś w niej nigdy nie pozwoliło mu o niej zapomnieć…

~*~

Siedziała po turecku na rozkopanym łóżku. Miała na sobie szare dresowe spodnie naciągnięte na brzuch i czarny top na ramiączka ściśle opinający ciało. Obok niej walały się różne szpargały: prawie puste pudełko chusteczek higienicznych, albumy ze zdjęciami, kilka otwartych kopert z listami, pocztówki, naszyjnik, który zostawiła Maggie podczas ostatniej wizyty i kajet z telefonami. Sama Abby nie prezentowała się dużo lepiej niż wnętrze sypialni, już przygotowane na powitanie dziecka. Jej twarz była spuchnięta, nie tylko z powodu ciąży, ale także od łez, wokół oczu miała czerwone obwódki, a na policzkach pozostały błyszczące słone ślady. Wszędzie było pełno zużytych chusteczek, ale już nie płakała. Gdy nadeszły łzy nie broniła się przed nimi jak to miała w zwyczaju, ale pozwoliła im płynąć, aż wylała już wszystkie. Teraz pozostało otępienie. Poczucie pustki i straty.

Wpatrywała się nieprzytomnym wzrokiem w stronnice gęsto zapisane numerami, w końcu ten notes służył jej już od najmłodszych lat, bez trudu można było w nim znaleźć adresy mozolnie wypisane niezgrabnym dziecięcym pismem. Te późniejsze też tam były. Powykreślane telefony pierwszych miłości. Zawsze, gdy jako nastolatka pokłóciła się z chłopakiem zamazywała go, jakby tym samym mogła wymazać go z życia. Razem z bólem. Mnóstwo cyferek i literek na pozór nic nie znaczących, ale kryjących za sobą mnóstwo wspomnień, radości i smutków.

Zastanawiała, jaki numer wybrać. Nie miała pojęcia, co jeszcze może zrobić, żeby znaleźć Erica. Mieszkał z Maggie, ale sąsiedzi nie widzieli go od dłuższego czasu. Rozmawiała z kuzynami i kuzynkami, chyba po raz pierwszy od wielu, wielu lat. Też nie wiedzieli, co z Ericiem. Chcieli przyjechać na pogrzeb, ale powiedziała, że nie trzeba. W końcu nie utrzymywali z Maggie kontaktów od lat. Chciała, żeby pożegnanie jej matki wyszło prosto z serca.

Po kolei eliminowała numery. W końcu zdecydowała się zadzwonić do swojej przyjaciółki z licealnej ławki, Amy. Nie widziały się od ponad pięciu lat, kiedy to umówiły się na kawę podczas wizyty Abby u matki. Wspominały stare czasy, rozmawiały o tym jak sobie ułożyły życie. Śmiały się i żartowały, odrywając się od ponurej codzienności – rozpadającego się małżeństwa Abby i straty dziecka Amy. Przez pozostałe lata rozmawiały ze sobą sporadycznie, wymieniały kartki na święta, wysyłały SMSy z życzeniami z okazji urodzin. Wielka licealna przyjaźń do grobowej deski, całkiem naturalnie przerodziła się w luźną znajomość. Obie tego żałowały, ale nie miały okazji, żeby odnowić kontakt. Wystukała na klawiaturze telefonu kilka cyfr i z pewnym ociąganiem nacisnęła zieloną słuchawkę i przyłożyła aparat do ucha.
Jeden sygnał. Nic.
Drugi sygnał. Wciąż nic.
Trzeci sygnał. Nadal cisza.
Już miała się rozłączyć, gdy ktoś po drugiej stronie odebrał.
- Halo? – w słuchawce rozległ się piskliwy, dziecięcy głosik.
- Cześć kochanie, jest mamusia? – zapytała siląc się na miły ton.
- Tak. Lobi ciasteczka. – wyjaśnił chłopczyk. Już miała poprosić, żeby ją zawołał, kiedy w oddali usłyszała Amy.
- Tony, mamusia prosiła, żebyś nie odbierał telefonu. – mogła ją sobie bez trudu wyobrazić, jak idzie w stronę telefonu, wycierając ręce w kuchenną ścierkę. Wzięła od synka słuchawkę.
- Halo?
- Cześć Amy, z tej strony Abby.
- O mój Boże! Abby, kochanie, co u ciebie? – zapytała podekscytowana, ciesząc się, że rozmawiają.
- Cóż… - odpowiedziała, już bez sztucznej radości, odkrywając prawdziwe brzmienie głosu, przytłumione, niemal głuche, pełne smutku.
- Co się stało?
- Przepraszam cię, że zawracam ci głowę…
- Bzdury, po to tu jestem. Zaczekaj sekundkę, - odsunęła mikrofon od warg i mogła usłyszeć jak prosi dziecko, żeby posprzątało samochodziki porozrzucane w salonie. – Już. Co się stało?
- Chodzi o moją matkę… - zaczęła niepewnie. Kiedyś były tak blisko i Amy była jedną z pierwszych osób, które wiedziały o trudnym życiu Abby wraz z chorą matką i młodszym bratem.
- Znowu wywinęła jakiś numer? – zapytała ostrożnie.
- Nie do końca… Nie żyje… - dodała po chwili, lekko załamującym się głosem. Wciąż było jej w to ciężko uwierzyć. Zawsze miała do niej żal, niemal. Za każdym razem rozstawały się w niezgodzie, a teraz… Już jej nie było.
- Abby… Tak mi przykro… Jak? Czy…
- Nie… - doskonale wiedziała, co ma na myśli. – Nie popełniła samobójstwa… Wypadek samochodowy… - wyjaśniła, ciężko wzdychając.
- Tak mi przykro, Abby… Przyjedziesz na pogrzeb do Minnesoty?
- Właśnie o to chodzi… Pogrzeb będzie tutaj w Chicago, ale nie mam pojęcia gdzie jest Eric. Nie mogę go powiadomić, a sama nie mogę do was przylecieć… Nie w moim stanie…
- Stanie? – powtórzyła, nie rozumiejąc.
- Za pięć tygodni mam termin porodu…
- Ojej! – ta wiadomość była dla niej nie małym szokiem, gdy pierwsze zdziwienie minęło, ucieszyła się, wprowadzając Abby w zakłopotanie, ale tego nie zauważyła. – Spóźniony prezent bożonarodzeniowy. Kto jest tym szczęściarzem?
- To kolejny problem. – zaśmiała się gorzko. – Szczęściarz jest, ale z nową panienką…
- Nie chce dziecka? – zapytała ponuro.
- To jeszcze dłuższa i bardziej zawiła historia… Nie powiedziałam mu o ciąży… dowiedział się jakiś miesiąc temu, kiedy wrócił do kraju…
- Zawsze miałaś pecha do facetów… - zauważyła ze smutkiem, wcale nie poprawiając jej humoru, wręcz przeciwnie, pogarszając go jeszcze bardziej. Mimo wszystko, jakaś część jej duszy wiedziała, że Carter był najwłaściwszym z facetów w jej życiu. Miły. Zabawny. Kochający. Opiekuńczy. Niestety chciał wszystko zmieniać. I kiedy coś szło nie tak uciekał… A to wystarczyło, żeby ją zranić i skrzywdzić. Zapadła między nimi cisza. – W czym ci mogę pomóc? – zapytała w końcu.
- Mogłabyś popytać w kilku miejscach? Może ktoś widział Erica… Wie gdzie jest…
- Jasne, nie ma sprawy, zadzwonię do ciebie, kiedy się czegoś dowiem. – już miała jej podziękować i przeprosić za kłopot, gdy po drugiej stronie rozległ się ogłuszający hałas, a za chwilę wesoły chichot dziecka. – Tony! – zawołała do synka, odsuwając mikrofon od ust. – Prosiłam, żebyś posprzątał, a nie wysypał! – Przepraszam cię, ale mam w salonie mały kryzys… - zwróciła się do niej.
- Okej, jeszcze raz dziękuję, Amy…
- Nie ma za co, zadzwonię, kiedy się czegoś dowiem. Cześć. – odłożyła słuchawkę nie czekając na odpowiedź ze strony Abby. Do jej uszu dobiegł odgłos przerwanego połączenia.

Rozłączyła się i rzuciła telefon na łóżko. Znowu poczuła napływającą falę smutku, nie może jej ulec, pójdzie na spacer, tak to zdecydowanie najlepsze rozwiązanie, zajdzie do jakiegoś sklepu i na poprawę humoru kupi jakiś malutki ciuszek dla córeczki. Albo grzechotkę.

***


Padało. Ciężkie i wielkie krople wody spadały na ziemię zrzucane z nieba, rozpryskiwały się o kamienne nagrobki, a na trawie tworzyły błotniste kałuże. Niebo było kolory sadzy, przez chmury nie przedzierały się promienie słońca. To wszystko wyglądało tak, jakby przyroda oddawała hołd Maggie, a także Abby. Dzisiejszego dnia nawet Phoe była wyjątkowo spokojna. Nie kopała ze swoją zwykłą mocą, tylko od czasu do czasu łagodnie poruszała się w jej wnętrzu, przypominając, że wciąż tam siedzi i czeka na moment, w którym wreszcie będzie mogła zobaczyć swoją mamusię.

- Zebraliśmy się tutaj, żeby pożegnać… - cichy melancholijny głos kaznodziei, odprawiającego ceremonię dochodził do niej, jak przez mgłę. Wpatrywała się w trumnę spoczywającą na katafalku, na której zbierały się małe kałuże. Nie mogła uwierzyć, ze w tamtym drewnianym pudle leży ciało jej matki i zaraz zniknie w ciemnym dole raz na zawsze. Stanie się jednym spośród wielu samotnych i spokojnych pogrzebanych ciał w czarnej ziemi.

Jej ciałem wstrząsnął deszcz, z powodu chłodu i dojmującej świadomości, że już nigdy jej nie zobaczy. Do tej pory nie docierało to do niej. Wciąż wydawało jej się, że jest to jedna z tych długich okresów, kiedy ich kontakt się urwał i prędzej czy później Maggie stanie w jej drzwiach, pobudzona, z powodu odstawienia leków. Wrócą do dawnej rutyny. Luka i Susan nie pozwolili jej zidentyfikować ciała, to mógłby być zbyt duży wstrząs, który niewykluczone, że wywołałby przedwczesny poród. Ryzyko nie było konieczne. Wszystkie formalności wziął na siebie Luka. Być może widok Maggie przekonałby ją, że to wcale nie ich znajoma rutyna. I że już nie będzie więcej powrotów do niej, bo naprawdę nie żyje… Dopiero stojąc tutaj prawda zaczynała do niej docierać. Dotkliwie czuła, czym jest śmierć bliskiej osoby. Widziała ją, pomagała ludziom przez nią przejść w jak najlepszy sposób, powiadamiała ich rodziny o odejściu najbliższych, ale nigdy tak naprawdę nie czuła, co to znaczy. Dopiero teraz zrozumiała, czym to jest dla rodzin tych wszystkich ludzi... Po jej policzku spłynęła łza, która od razu wymieszała się z kroplami deszczu na jej twarzy, parasol nie chronił przed nim do końca. Luka objął ją ramieniem, jakby doskonale wiedział, co czuje. Nie musiała odwracać głowy w bok, żeby zobaczyć, że wzrok Susan śledzi ją z niepokojem. Byli tylko we trójkę, nie licząc kaznodziei. Amy nie udało się znaleźć Erica, a ona nie znała żadnych przyjaciół matki. Zazwyczaj były to krótkie znajomości, kończące się nim na dobre się zaczęły, więc nie miała prawdziwych przyjaciół. Nie chciała, żeby Susan i Luka przychodzili tutaj, pogrzeby nie były czymś przyjemnym, nawet, jeżeli z osobą, która odeszła nie łączyły cię bliższe więzy... Jednak oni uparli się, chcieli być przy niej, gdyby okazało się, że ich potrzebuje. Z jednej strony to, że ktoś się o ciebie troszczy było miłe i sprawiało, że czuło się rozkoszne ciepło, ale z drugiej strony świadomość, że jest dla nich ciężarem bardzo jej doskwierała. Ceremonia toczyła się własnym biegiem, nieuchronnie zbliżała się ku końcowi, ku momentowi, w którym ziemia połknie na zawsze jej mamę…

Z kamienna twarzą, a wnętrzem rozdygotanym od nadmiaru emocji, które odbijały się w spojrzeniu, odprowadzała wzrokiem trumnę, którą chwyciła czwórka mężczyzn. W jej gardle zebrała się gula, której nie mogła przełknąć. Jej matka. Maggie… Miała tyle okazji, a nigdy nie powiedziała jej, jak bardzo ją kocha, ani, że zostanie babcią… Tyle zmarnowanych okazji. Maggie nigdy nie doczeka tego momentu, o którym tak bardzo marzyła, nie będzie trzymała na rękach swojej wnuczki, nigdy jej nie zobaczy. Przygryzła dolną wargę, chcąc odgonić łzy, które na nowo wezbrały się w jej oczach.
- Abby, w porządku? – szepnęła Susan, zauważając jak zbladła i zaczyna dygotać. Nie odwracając się w jej stronę, pokiwała głową, chociaż wcale nie czuła się dobrze. W takiej sytuacji nie można czuć się dobrze.

Grabarze powoli spuszczała trumnę. Podeszła bliżej, żeby widzieć, jak znika w ziemi, uderza w dno betonowego grobu. Kaznodzieja odmówił ostatnią modlitwę i zniknął, nim zdążyła to zauważyć. Ceremonia skończyła się, ale coś kazało jej zostać tutaj i obserwować jak kolejne grudki ziemi przykrywają jej mamę. Luka i Susan odeszli, zostawiając jej parasol. Nie musiała nic mówić, żeby zrozumieli, że chce być teraz sama. Drążek parasolki opadł na jej ramię, opierając się na nim. Już nie chronił od deszczu, mokła coraz bardziej, ale nie czuła tego. Była zbyt zaprzątnięta ponurymi rozmyślaniami, żeby odczuwać drobne niedogodności ciała. Grabarze miarowo zakopywali mogiłę, nie zwracając uwagi na Abby. Wykonywali swoją robotę, przez krótką chwilę pomyślała sobie, że bardzo przygnębiającą, ale szybko uświadomiła sobie, że sama wciąż styka się ze śmiercią. Mężczyźni uformowali brunatny kopiec, ocierając twarze ociekające wodą. Za kilka dni zostanie tam umieszczona kamienna tabliczka, dołączając do reszty w tym rzędzie. Kilkanaście liter i cyfr, które dla jednych nic nie znaczą, a dla innych są tak bliskie i cenne… Wpatrywała się w brunatną wypukłość w trawniku, która chowała jej matkę. Deszcz powoli łączył grudki ziemi w wilgotną jednolitą błotnistą skorupę. Obserwowała jak drobne kamyczki osuwają się z niego. Tam leży jej matka… To było zbyt nierealne, żeby mogło być prawdziwe. To nie był pierwszy pogrzeb, w którym uczestniczyła, ale pierwszy, w którym chowała tak bliską jej osobę. Po raz pierwszy naprawdę przeżywała to, co się dzieje.

- Abby? – Susan położyła jej rękę na ramieniu i odezwała się łagodnie – Przemokłaś… Powinniśmy iść, żebyś się nie przeziębiła. – W duchu przyznała jej rację, powoli wracało jej czucie.
- Jeszcze chwila… - Susan z powrotem odeszła w tył się w tył. Abby przypomniała sobie, że w drugiej ręce trzyma bukiet gradolii, ulubionych kwiatów Maggie. Wzdychając ciężko zrobiła kilka kroków do przodu, zapadając się w błoto i położyła bukiet na szczycie grobu. Przygryzła wargi, próbując uspokoić emocje, co wcale nie było proste. Rzuciła ostatnie powłóczyste spojrzenie i powolnym ruchem odwróciła się. Przesunęła wzrokiem po jednolitym krajobrazie; ponure, samotne drzewa osnute zasłoną mgły, liczne mogiły i ruszyła w stronę przyjaciół stojących nieco dalej przy samochodzie. Wtedy jeden element otoczenia wydał się jej odstający od reszty, a poza tym dziwnie znajomy. Odwróciła się, żeby spojrzeć na niego jeszcze raz, zastanawiając się czy to wyobraźnia płata jej figle. Ale nie, pod pobliskim drzewem naprawdę stał mężczyzna skryty pod parasolem. Przełknęła ciężko i poczuła, jak wzbiera się w niej gniew, a bardziej rozpacz. Znała go. To był Carter…

~*~


Post został pochwalony 0 razy
 
Zobacz profil autora
Avonelee
Lekarz



Dołączył: 06 Paź 2006
Posty: 1574
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/5

 PostWysłany: Wto 19:40, 28 Lis 2006    Temat postu: Back to top

kocham to..........................!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Post został pochwalony 0 razy
 
Zobacz profil autora
cofeinka
Salowy



Dołączył: 28 Lis 2006
Posty: 142
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Fire Room

 PostWysłany: Wto 22:27, 28 Lis 2006    Temat postu: Back to top

genialne.. uwielbiam takie ff, a że sama sporo pisze (choc ostatnio z braku czasu coraz mniej) wiem, że nie należy to do ławych. Lekkość czytania i samego kunsztu, precyzja, przemyslane głębokie framenty określające stany ducha jak i Abby jak również Johna i doskonałe opisy. CUDO!!

Post został pochwalony 0 razy
 
Zobacz profil autora
cofeinka
Salowy



Dołączył: 28 Lis 2006
Posty: 142
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Fire Room

 PostWysłany: Wto 22:28, 28 Lis 2006    Temat postu: Back to top

genialne.. uwielbiam takie ff, a że sama sporo pisze (choc ostatnio z braku czasu coraz mniej) wiem, że nie należy to do ławych. Lekkość czytania i samego kunsztu, precyzja, przemyslane głębokie framenty określające stany ducha jak i Abby jak również Johna i doskonałe opisy. CUDO!!

Post został pochwalony 0 razy
 
Zobacz profil autora
Abby Carter
Stażysta



Dołączył: 28 Wrz 2005
Posty: 1272
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5

 PostWysłany: Wto 22:30, 28 Lis 2006    Temat postu: Back to top

Dzięki, cieszę się, ze ci się podoba Very Happy Tylko boje się, ze nie uda mi się skończyć, bo mam wrażenie, że zaczynam się "wypalać" pod katem ER... 'pracuję'nad czymś innym Wink

~*~

Gdy spostrzegł, że Abby go zauważyła ruszył niepewnym krokiem w jej stronę. Stała bez ruchu nieopodal grobu matki, zastanawiając się, co do cholery tam robi. Dlaczego zawsze musiał zjawiać się wtedy, kiedy było jej najbardziej ciężko? Skąd wiedział, że Maggie nie żyje, a dzisiaj jest pogrzeb? Przeniosła wzrok z jego zbliżającej się sylwetki na Lukę i Susan, stojących przy samochodzie. Wyglądali na zawstydzonych, jakby ktoś złapał ich na gorącym uczynku. No tak… Pięknie! Dwójka jej najlepszych przyjaciół działa za jej plecami. Pokręciła głową i popatrzyła w ich stronę z żalem.

- Abby… tak mi przykro… - John zdążył do niej dojść i odezwał się cichym zachrypniętym głosem, ledwo przebijającym się przez deszcz. Przełknęła ciężko, starając się nie patrzeć w jego oczy, w których za wszelką cenę nie chciała dostrzec autentycznego smutku. Postąpił jeszcze jeden krok do przodu, zmniejszając dystans między nimi, a ona postąpiła w tył, odsuwając się.

- Co tutaj robisz? – zapytała, próbując zabrzmieć twardo i zdecydowanie, nie ukazać mu swoich emocji, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że John jest jedną z tych osób, które potrafią czytać w jej myślach jak w książce.

- Chciałem pożegnać…

- Nie było takiej potrzeby, Carter. – wpadła mu w słowo, niewymownie wdzięczna, że dzisiejszego dnia panuje taka, a nie inna pogoda, dzięki czemu nie mógł zobaczyć jej łez. Wtedy zauważyła, że w drugiej ręce Carter trzyma bukiet kwiatów. Bukiet mieczyków…

- Chciałem zobaczyć jak się czujesz… jak się czujecie. – spróbował ponownie, próbując nawiązać kontakt wzrokowy. Wyglądała tak smutno, tak żałośnie z wodą spływającą z jej mokrych włosów, rozmazanym przez deszcz – i zapewne łzy - tuszem do rzęs, tak uroczo z ręką, spoczywającą na brzuchu, że nie pragnął nic innego jak wziąć ją w tej chwili w ramiona i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze i nigdy jej nie opuści. Poczuł dziwne deja vu, czy nie zrobił dokładnie tego samego i nie powiedział tych słów kilkanaście miesięcy temu, w jej kuchni, gdy okazało się, że Eric jest chory? Teraz stał tutaj, nad grobem Maggie, w deszczu, patrząc na nią i znów czuł to znajome drganie serca, dojmującą potrzebę roztoczenia nad nią opieki, żeby już nigdy nie dosięgły jej żadne krzywdy.

- To nie twoja sprawa.

- Abby, wiem, ze zachowałem się jak dupek, wiem, że jest ci ciężko, zwłaszcza teraz… Naprawdę bardzo mi przykro, że Maggie nie żyje…

- Doprawdy? – zapytała drwiąco słabym głosem, walcząc ze łzami.

Nie mogła zrozumieć sama siebie. Dlaczego jego słowa wywołują w niej takie emocje. Dlaczego w jednej chwili ma mu ochotę wymierzyć mu policzek, za to co zrobił, a w drugiej przytulić się do niego i na zawsze pozostać w tym uścisku. Dlaczego na jego słowa poczuła takie miłe ciepło? Broniła się przed tymi uczuciami ze wszystkich sił, wmawiając sobie, że będzie dla nich lepiej, jeżeli już nigdy nie zaangażują się w coś poważniejszego.

– A nie cieszysz się, że teraz będzie ci łatwiej? Że moja szalona matka już nie będzie ci zawadzać? – popatrzyła mu w oczy, a nie słysząc odpowiedzi pokiwała głową i odwróciła się. Czuła się zdradzona, zawiedzona, pusta i nie mogła odegnać poczucia wstydu, że pozwoliła, żeby Carter przyznał coś takiego. Czuła się winna, że zniszczyła pamięć o Maggie

- Abby! Nigdy mi nie zawadzała! – wyjaśnił głośniej, żeby usłyszała go przez deszcz.

To nie było tak, że Maggie, albo Eric mu zawadzali. Nigdy tak nie myślał. Jej słowa zaszokowały go, na krótką chwilę stracił władzę nad swoim ciałem, mógł tylko stać i milczeć, a ona zrozumiała to całkiem na opak. Czy naprawdę jego zachowanie tak wyglądało, że pomyślała sobie, że choroba Erica i Maggie mu przeszkadza? Przełknął ciężko, uświadamiając sobie, co zrobił po śmierci babci, kiedy Abby pojechała po Erica. Kiedy Eric wpadł do grobu… Cholera! Czy zawsze musiał wszystko robić nie tak?

Pierwszą rzeczą, którą dojrzała był Luka i Susan z napięciem przyglądający się ich rozmowie. Kiedy zauważyli jej gwałtowny odwrót, pokręcili głowami z rozczarowaniem, zapewne liczyli, że rzucą się sobie w ramiona i od tej pory wszystko będzie w porządku… Carter nie mógł dostrzec, jak przygryza wargę, żeby nie rozkleić się do reszty. Postanowiła za wszelką cenę odejść, nie rozmawiać z nim, nie kusić losu, ale gdy usłyszała jego słowa poczucie urazy stało się silniejsze od niej.

Odwróciła się gwałtownie, zapominając, że przednia część ciała nie należy już do niej, że pełni teraz funkcję przytulnego domku dla córeczki i straciła równowagę. Zatoczyła ramionami kręgi w powietrzu, próbując ją odzyskać i zrobiła duży krok, ale próby nie przyniosły żadnych efektów. Carter, widząc, że Abby zaraz przewróci się, szybko zrobił duży krok w jej stronę i złapał ją, chroniąc przed upadkiem prosto na brzuch. Przytrzymał ją i pomógł stanąć w normalnej pozycji. Wciąż trzymał ręce na jej ramionach i po raz drugi nawiązał z nią kontakt wzrokowy. Widząc w jego oczach autentyczną troskę i przerażenie tym, co mogło się stać szybko odwróciła głowę, żeby nie mógł dojrzeć jej uczuć. Byli tak blisko, jak nigdy od jego powodu, ale chociaż dystans między ich ciałami był niewielki, byli dalej niż kiedykolwiek. Abby nie potrafiła w jednej chwili zacząć wszystkiego od początku, nie umiała zapomnieć, o tamtych krzywdach i nieporozumieniach, które ich łączyły. Nie chciała znowu rozpoczynać takiego życia. Odsunęła się od niego, jego ręce zsunęły się z jej barków i bezwładnie opadły wzdłuż jego boków. Podniosła głowę, tym razem ona chciała spojrzeć mu w oczy i uniosła kąciki ust do gór, próbując uśmiechnąć się. Cały gniew i żal, który wypełniał ją, gdy usłyszała jego słowa i zobaczyła jego postać po tamtym drzewem ulotniły się.

- Dziękuję… - powiedziała słabo i odwróciła się.
- Abby! – krzyknął za nią, kiedy odeszła. – Proszę, porozmawiajmy!
- Nie mogę… - odpowiedziała, zwracając głowę w jego stronę. – Nie dzisiaj…

Obserwował jak odchodzi powolnym krokiem, spoglądając na grób matki i westchnął ciężko. Zmarnował okazję. Walczył ze sobą, żeby nie pobiec za nią, nie zatrzymać jej i zmusić do rozmowy, ale jego rozum wziął górę nad sercem. Doskonale wiedział, że nic tym nie uzyska, a nawet straci.

Deszcz nie stracił na swojej mocy. Krople wody miarowo uderzały o podłoże, wciąż spływały z jej twarzy, włosów, ubrania. Brzuch miała całkowicie mokry. Deszcz już nie był zasłoną przed łzami, jej czerwone oczy zdradzały wszystko.

- Abby? – zapytała Susan, kiedy Abby do nich doszła.
- Przestań… Nie róbcie tego więcej, dobrze? – popatrzyła na nich zdecydowanie, a oni wbili spojrzenia w rozmokłą ziemię.
- Czego? – kontynuowała Susan, chociaż doskonale wiedziała, co Abby ma na myśli i wyglądała na zawstydzoną.
- Nie mieszajcie się w to, co jest między mną, a Carterem.
- Abby… - zaczął Luka, zapewne chciał ją przekonać do rozmowy z Johnem.
- Nie. Sama to załatwię… Dziękuje, że byliście dzisiaj ze mną… - dodała po chwili i odwróciła się od nich.
- Abby, gdzie idziesz? – zawołał za nią.
- Wrócę taksówką. – rzuciła w ich kierunku.
- Nie wygłupiaj się. Jesteś cała mokra, przeziębisz się. – uświadomiła sobie, że Susan ma rację i zatrzymała się, i obróciła się.
- Okej… Ale nie chcę o tym rozmawiać…

Zgodzili się i wsiadła do samochodu. Odwieźli ją, nie próbując z nią rozmawiać, szanując jej prośbę. Zadowolili się tylko krótkimi spojrzeniami w przednie lusterko na jej smutną twarz i oczy, w których odbijała się batalia myśli, tocząca się w jej głowie…

~*~


Post został pochwalony 0 razy
 
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Forum Fanów Serialu Ostry Dyżur - ER Strona Główna -> FanFic Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony 1, 2, 3  Następny
Strona 1 z 3

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach